Wszechobecne zło

W recenzjach bardzo rzadko wspominam o okładce. Zachwycam jeszcze rzadziej. W przypadku Domu węży Mateusza Lemberga zwróciłem na nią uwagę od razu. Czarna okładka, stylizowana na skórę węża, jest bardzo sugestywna. To klasyczny, można by rzec, przypadek, że czasem mniej znaczy więcej bądź lepiej. Ascetyczna gra trzema kolorami – czarnym, krwistym czerwonym oraz splamionym krwią białym – mocno wyróżnia tę książkę i przyciąga wzrok.

Alicja Wald wybiera się w służbową podróż do Berlina. Do pociągu odprowadza ja mąż Robert. Alicja – jak się ma szybko okazać – ofiara domowej przemocy, planuje ucieczkę od małżonka i dotychczasowego życia. Kiedy wydaje się, że jej misterny, przygotowywany w strachu od lat, plan udaje się wcielić w życie, zaczynają dziać się rzeczy niespodziewane i tragiczne. Zostaje porwana sprzed kamienicy Patryka, przyjaciela, który pomaga jej w ucieczce. Przerażona i naga budzi się w nieznanym miejscu, uwięziona i skrzywdzona przez Tomasza, który bardziej niż ludzi, kocha węże. Alicja staje się nie tylko ofiarą, lecz – dosłownie i w przenośni – zwierzyną łowną. Polują na nią psychopata Tomasz, były policjant i sadysta Robert oraz inni, przed którymi musiała uciec i schronić się.

Powieść Mateusza Lemberga to historia wymykająca się z klasycznych schematów i klasyfikacji. Chyba najprędzej określiłbym ją mianem kolażu powieści sensacyjnej z thrillerem i kryminałem, posiada bowiem cechy charakterystyczne dla tych trzech gatunków. Co jednak w Domu Węży najciekawsze, to brak klasycznie pojmowanego głównego bohatera. Rozwój wydarzeń śledzimy z perspektywy kilku postaci, które na przemian stają się narratorami, jednak żadnej z nich nie określiłbym bezsprzecznie pierwszoplanową.

Lembergowi udało się zbudować nastrój wszechobecnego zła. Nawet pod płaszczykiem dobrych intencji, bohaterowie skrywają prawdziwe motywacje, które determinują ich postępowanie. Autor funduje czytelnikowi obraz znanego mu dobrze świata, lecz ukazanego przez pryzmat bezwzględnej walki o zaspokojenie – wszelakich i egoistycznych – własnych potrzeb. Mateusz Lemberg bez zbędnej emfazy opisuje ludzkie pragnienia, odzierając czytelnika z wiary w innych. A przynajmniej ich większość. Niby finalnie – w sposób nieoczywisty – dobro zwycięża, lecz czytelnik odkładając Dom Węży na półkę, pozostaje z poczuciem, że atawistyczne zło czai się wszędzie.

Mateusz Lemberg nakreślił nie tylko ciekawą intrygę, lecz skonstruował interesującą fabułę, nie uciekając się do klasycznych rozwiązań. W Domu Węży nie znajdziemy schematów, do których przywykli czytelnicy większości kryminałów bądź thrillerów. Książka Lemberga to swoisty powiew świeżości, wzmocniony bezpretensjonalnym językiem, jakim sprawnie posługuje się autor. Udało mu się opowiedzieć przerażającą historię – która mogłaby się wydarzyć za przysłowiowym rogiem – i napisać o ludziach oraz ich odrażających słabościach bez ostentacji, unikając jednocześnie niepotrzebnego eufemizowania.

Zacząłem tę recenzję od okładki i na sam koniec do niej powrócę. Jednak tym razem nie odniosę się do aspektu wizualnego, lecz bardziej do treści, która ją wypełnia. Dom węży to książka, której, szeroko rozumiana, zapowiedź zwodzi potencjalnego czytelnika. Tytuł powieść jest zdradliwy i złudny. Czytający, który spodziewał się, że tytułowy dom węży i gady będą odgrywać pierwszoplanową rolę, będzie po lekturze książki Mateusza Lemberga zawiedziony. Trudno jednak mówić o rozczarowaniu, bowiem można było się obawiać – ja pewne obawy miałem – że autor skupi uwagę – swoją i czytelnika – na zwierzętach, a nie na sensacyjnym wątku. Tak, z korzyścią dla powieści, się jednak nie stało.

Dziękujemy Wydawnictwu OD Deski Do Deski za udostępnienie egzemplarza powieści do recenzji
Źródło okładki: Wydawnictwo OD Deski Do Deski