Jak za oknem

Mężczyzna na dnie Ivy Procházkovej to pierwszy czeski kryminał, jaki kiedykolwiek przeczytałem. Zdjąłem go z bibliotecznej półki z czystej ciekawości, lecz po jego lekturze zainteresuję się czeskimi kryminałami ze zdecydowanie większą atencją.

Tytułowy mężczyzna na dnie to podporucznik Osvald Zapletal, w swoim rewirze nazywany przez mieszkańców „Smrodem”. Już to przezwisko świadczy, że zabity policjant nie cieszył się powszechną sympatią i szacunkiem. Jego ciało zostaje odnalezione w samochodzie zatopionym na dnie jeziora w kamieniołomie Vrchlik nieopodal Berouna. Zagadkę jego śmierci ma rozwikłać podinspektor Marián Holina – typowy wyznawca starej policyjnej szkoły opartej na notatkach, przeczuciach i intuicji. Wraz ze swoim skromnym, ale optymalnie – choć przypadkowo – skompletowanym zespołem, który uzupełniają aspirant Diviš Mrštík oraz kapitan Lída Šotolová, dzielnie nie podaje się panującemu w Pradze i okolicach upałowi,  tylko zmierza do wyjaśnienia sprawy.

Mężczyzna na dnie to powieść z umiejętnie skonstruowaną intrygą kryminalną, rozkręcającym się tempem rozwoju akcji i satysfakcjonującym zakończeniem. Jeśli jednak miałbym zdecydować, co było najmocniejszą stroną książki Ivy Procházkovej, to powiedziałbym, że były nią prosto, lecz niesłychanie barwnie nakreślone postacie. Bohaterowie tego kryminału są wiarygodni, pozbawieni – co uważam za zaletę, nie wadę – jakiś specjalnych i wyszukanych cech oraz – co najważniejsze – sztampowych i typowych dla kryminałów ułomności.

Czytając Mężczyznę na dnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ta powieść jest doskonałym odbiciem czeskiej mentalności, moralności i usposobienia. Karty powieści Procházkovej wypełnione były balansem pomiędzy dystansem a powagą, luzem a zaangażowaniem, a przede wszystkim przenosiły w świat realny, który bez większego trudu potrafię wyobrazić sobie za własnym oknem. Fabułą rządziły pradawne motywy zbrodni, jak chciwość, pożądanie i żądza władzy, które ubrane były nieodświętnie, „na szaro”.

Książkę Procházkovej chyba najlepiej scharakteryzuje słowo bezpretensjonalna. Powieść bywa zabawna, a humor jest niewymuszony i nienachalny. Z rozbawieniem czytałem, jak Marián Holina się zapomina i zaczyna tłumaczyć szefowi zawiłości astrologiczne, mogące mieć wpływ na postępowanie mordercy i ofiary oraz zalety wykorzystania astropsychologii w pracy śledczej.

Emanacją sposobu życia Czechów i ich podejścia do niego wydaje się być ich stosunek do pracy. Choć wydawać się może nieco groteskowy, to w odniesieniu do naszych południowych sąsiadów staje się zupełnie naturalny. Dlatego czytelnika nie powinien dziwić fakt, że w powieści Procházkovej epicentrum praskiej komendy policji jest stołówka. To w niej najczęściej rezyduje szef Wydziału Zabójstw, a i reszta policjantów wszystkie sprawy najchętniej omawia nad talerzem przysłowiowych knedlików. Patrząc przez ten pryzmat, rozmowa Holiny z Divišem, w trakcie której podinspektor z równym zaciekawieniem pyta o to, co aspirant własnie je, jak i o to, co udało mu się ustalić w sprawie, jawi się najzupełniej właściwie, jakby była pozbawiona surrealizmu.

Jedyne, co w Mężczyźnie na dnie mi się nie spodobało, to jakby na siłę upchnięte pomiędzy wątkami przemyślenia mordercy. Ponownie odniosłem wrażenie, że kolejny autor zupełnie niepotrzebnie wzorował się na skandynawskich wzorcach, gdzie kryminały mają podzieloną narrację. Nie dość, że w tym przypadku niewiele to wnosiło do fabuły, to jeszcze wybijało z rytmu czytania. Bez tego książka nie straciłaby na wartości, a zyskałaby na płynności czytania. Pomimo to, muszę podkreślić, że czytało się ją lekko, choć leniwie i niespiesznie.

Zanim w końcu trafiłem na pierwszy przetłumaczony na polski tom przygód podinspektora Mariána Holiny i jego zespołu, w zeszłym roku zdążył się ukazać już drugi. Kończąc tę recenzję napiszę tylko: już się nie mogę doczekać, kiedy sięgnę po Roznegliżowanie.

Źródło okładki: Wydawnictwo Afera