W poczuciu straconego czasu

Dobra książka – i to zupełnie niezależnie od gatunku – przenosi czytelnika w inny, oderwany od szarej codzienności, świat. Funduje czytającemu literacką podróż do wykreowanej przez pisarza rzeczywistości. Kiedy zapominasz o bożym świecie wiesz, że masz w rękach lekturę wartą uwagi. Czytając Mgnienie Marcela Woźniaka, siedziałem cały czas na kanapie w domu, słyszałem odgłosy zza okna, nikt ani nic mnie nie porwało i nie zabrało do Torunia czy na Wybrzeże,tam gdzie autor umiejscowił akcję swojej powieści.

Morderca Kosma „Heraklit” Górecki siedzi w więzieniu, jednak w Toruniu giną kolejne osoby. Wśród ofiar, zamordowanych na starym moście drogowym w Toruniu, jest córka głównego bohatera – podkomisarza Leona Brodzkiego z wydziału kryminalnego komendy Toruń Śródmieście – oraz jego młodszy kolega, aspirant Tomasz Żółtko. Wrzuconego do rzeki ciała Sary nie odnaleziono, a Brodzki nie wierzy w śmierć córki. Podkomisarz po złapaniu „Heraklita” i śmierci ojca odszedł na emeryturę, ale wymusza na byłym szefie, komendancie policji Gromosławie Halickim, przywrócenie go do służby.

Leon, wraz z wspierającymi go kolegami z toruńskiej komendy: archiwistą Maksem, psycholożką policyjną Martą Gradowską i sierżantem Jackiem Nowakiem oraz taksówkarzem Henrykiem i Ronaldem Brykiem, policjantem z Darłowa, rzuca się w pogoń za bratem „Heraklita”, Danielem. Sprawa z każdą chwilą staje się coraz bardziej skomplikowana i niejednoznaczna. Nic nie jest takim, jakim się wydaje. Brodzki walczy nie tylko z mordercą, lecz również z szefem, który liczy na awans na komendanta wojewódzkiego i kierują nim niejasne intencje, oraz własnymi uczuciami, miotając się miedzy byłą żoną Dagmarą a kochanką, którą jest Gradowska. Czy uda mu się stworzyć przejrzysty obraz sytuacji, który pozwoli mu działać? Czy złapie mordercę, zanim ten znowu zabije, i wyjaśnić, czy kobietą, którą zrzucono z mostu była faktycznie Sara?

Kiedyś, gdy nie pisałem recenzji, lekturę, która mnie nie przekonywała, rzucałem w kąt po kilkudziesięciu stronach. Szkoda mi było własnego czasu i fundowania samemu sobie męczarni. Przecież czyta się dla przyjemności, to fascynująca rozrywka. Odkąd hobbystycznie recenzuje książki, czuję się w obowiązku, aby dotrzeć do końca nawet najsłabszej książki, którą przyszło mi czytać. To kwestia uczciwości – nie masochizmu – i nic więcej. Czytając Mgnienie ten obowiązek ciążył mi, jak nigdy dotąd.

Odkąd odłożyłem książkę na półkę, minęła dopiero chwila, a ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że powieść Marcela Woźniaka pamiętam jak przez mgłę. Po lekturze nie pozostało mi wiele więcej niż wspomnienie upchniętych przez autora bez umiaru i na siłę niezliczonych maksym i cytatów m.in. Ludwika XVI czy Juliusza Cezara. A jakby było mało oświeceniowej czy antycznej filozofii, to Woźniak postanowił wcisnąć jeszcze odniesienia do Sun Zi i jego  Sztuki wojennej. O szekspirowskim Hamlecie nie wspomnę. Mnogość była – tylko bądź aż – nachalna, lecz niedopasowanie słów do charakterystyki wypowiadających je postaci aż raziło.

Mgnienie to książka okropnie chaotyczna. Zupełnie nie mogłem połapać się, o co chodzi w fabule. Nie mogłem się skupić, w czym przeszkadzało mi poczucie sztuczności, absurdalne momentami dialogi, które – jak przypuszczam – miały być zabawne. Jeśli dodać do tego przegadane ckliwe monologi wewnętrzne, to otrzymujemy mieszankę okropnie nużącą i irytującą. Akcja książki była trudna w odbiorze. Niewyjaśnione – jasno i prosto – odwołania do pierwszego tomu serii, pozostawiają czytelnika Mgnienia zagubionego, nierozumiejącego, co i dlaczego się dzieje. Postacie były nienaturalne, a zagadka kryminalna mało wiarygodna. Zakończenie wprawiło w konsternacje, sugerując, że w całej historii chodzi o coś zupełnie innego, niż jeszcze chwilę wcześniej się wydawało.

Kończąc, podzielę się z wami jednym spostrzeżeniem. Choć podejrzewam, że tytułowe mgnienie odnosi się do przebłysku, nagłego i krótkiego pojawienia się, to ja odniosę się do drugiego znaczenia, tego w kontekście czasu. Mgnienie, czyli moment, chwila. Paradoksalnie czytanie Mgnienia nie przychodziło ani łatwo, ani szybko. Była to raczej wyboista droga, z której co rusz chciałem zawrócić. Dotrwałem do końca podróży, lecz nie będę wspominał jej dobrze. Zazwyczaj, kiedy piszę nawet najsurowszą opinię, staram się znaleźć w recenzowanej lekturze coś pozytywnego, wartego wspomnienia. Jak bym się nie starał, tym razem mi się nie udało.

Źródło okładki: Wydawnictwo Czwarta Strona