Na pograniczu dwóch światów

Motyl i burza Luciusa Waltera to książka, w której mieszają i przenikają dwa światy. Europejski – przyziemny i rzeczywisty oraz orientalny – skąpany we wspomnieniach i urzeczywistniający się w świadomych bądź podświadomych nawykach i zachowaniach. Na granicy tych światów żyją bohaterowie tego holenderskiego thrillera.

Farah Hafez to dobiegająca czterdziestki piękna dziennikarka i mistrzyni sztuki walki pencak silat, która przed trzydziestoma laty zmuszona była uciekać z Afganistanu i osiedliła się w Holandii. W Amsterdamie znalazła oazę – specyficznie przez nią rozumianego – spokoju i zapomnienia. Na co dzień pracuje w ogólnokrajowej gazecie „Algemeen Nederlands Dagblad”, czekając na temat – wyzwanie życia.

Farah bierze również udział w galach brutalnych walk, i po jednej nich jedzie do szpitala, by dowiedzieć się, co się stało z ciężko znokautowaną przez nią rywalką. To właśnie tam trafia na dziecko, które przywieziono w krytycznym stanie po potrąceniu przez samochód w lasku amsterdamskim. Chłopiec ma orientalne rysy oraz dziewczęcy strój i makijaż na sobie. Kiedy dziennikarka z jego ust słyszy: „padar” – słowo oznaczające w języku dari „ojca” – zaczyna podejrzewać, że to nie był zwykły wypadek, a dziecko wcześniej padło ofiarą okrutnego i obrzydliwego afgańskiego rytuału bacha bazi. Hafez rozpoczyna dziennikarskie śledztwo, w trakcie którego okaże się, że natrafiła na wielką aferę o międzynarodowym zasięgu. Czy zdoła odkryć prawdę, nie zatracając przy tym siebie i wiary w ludzi i wartości, którym hołdowała od najmłodszych lat?

Oceniając Motyla i burzę miałem mieszane odczucia. Mogę wybaczyć Walterowi Luciusiowi brak umiarkowania, który spowodował, że w jednej powieści umieścił sumę wszystkiego, o czym chciał napisać. I tak połączył thriller z romansem i antropologiczną monografią. Jednak największym grzechem jego powieści jest sztampowość. Stereotypowe są postacie, wydarzenia, które stają się ich udziałem, oraz postępowanie i motywacje, jakimi się kierują. Żałuję, bowiem jest to powieść, która poza warstwą sensacyjną i społeczno-kulturową, niesie uniwersalną opowieść o upadku wartości, niespełnionych marzeniach i okrutności współczesnego świata.

Akcja książki jest nużąca, a mnogość wątków dodatkowo ją spowalnia. Pomimo to – co może wydawać się sprzeczne i zadziwiające – fabuła książki wciąga i trzyma w napięciu aż do samego końca. Wspomniana obfitość jest nie tylko wadą, lecz bywa również zaletą. Autorowi udaje się równolegle zainteresować czytelnika intrygą, jak i rozbudowanymi opisami nie tylko Amsterdamu i Holandii wraz z ich topografią i atmosferą, ale i odległych im geograficznie i kulturowo chociażby Kabulu czy Johannesburga.

Bardzo ciekawa jest warstwa społeczna, która ukazuje różnice kulturowe. Zestawienie historii, obyczajów i mentalności ludzi pochodzących z różnych zakątków świata oraz zderzających się w holenderskiej rzeczywistości, niesie w sobie większą wartość niż interesująca i poruszająca intryga będąca osią powieści.

Mógłbym w tym miejscu postawić kropkę, gdyby nie okładka. To na niej umieszony został blurb, buńczucznie zapowiadający, że Motyl i burza to „holenderska odpowiedź na MILLENNIUM Stiega Larssona”. I na zapowiedzi się skończyło. Powieść Luciusa nie przystaje do legendarnej szwedzkiej trylogii, która wyznaczyła nowe trendy w literaturze popularnej, stając się obiektem ciągłych – zazwyczaj zupełnie chybionych – odniesień. To kolejny raz, kiedy osoba odpowiedzialna za umieszczenie blurbu na okładce wyrządza – narzucając kontekst konfrontacji – książce i jej autorowi krzywdę. Dobra powieść obroni się sama, podobnie, jak same nasuną się ewentualne porównania. Z kolei krzykliwa i – najczęściej – pusta reklama nic nie zdziała, stawiając lekturę z góry na straconej pozycji.

Farah Hafez to nie Lisbeth Salander. I nie zmienią tego ani blizny na jej ciele i duszy, ani uczynienie jej dziennikarką i mistrzynią sztuk walki jednocześnie, uciekinierką i właścicielką porsche zarazem. Wykreowana przez autora bohaterka jest przerysowana, brakuje jej czegoś, co cechowało postać z Millennium. Tym czymś była naturalność i oryginalność. Tak, jak bohaterce, tak i samej książce zabrakło polotu, który sprawiłby, że to holenderska powieść stałaby się wzorem dla innych.

Podsumowując, Motyl i burza Luciusa w porównaniu do trylogii Larssona wypada blado, „bez” zupełnie przyzwoicie. Kto wie, czy bez natarczywych reklamowych odwołań, nie napisałbym, że naprawdę dobrze.

Źródło okładki: Wydawnictwo Amber