Chciwość i pozory

Pięć czaszek to suma wad i zalet. Kryminał Tomasza Konatkowskiego wyróżniają cechy, którymi czytelnik może się zachwycić i rozczarować. Warto przeczytać tę powieść, by móc samemu ocenić, co, patrząc przez pryzmat własnych upodobań, przeważyło – wady czy zalety. Z kolejnych akapitów dowiecie się, jak ten bilans wypadł w mojej opinii.

Pięćdziesięcioletni nadkomisarz Adam Nowak po dwudziestu dwóch latach naznaczonej spektakularnymi sukcesami pracy w wydziale zabójstw Komendy Stołecznej, zbliża się do końca swojej policyjnej kariery. Choć nie potrafi żyć bez pracy, to myśli o emeryturze i nieśmiałe plany z nią związane coraz częściej goszczą w jego głowie. Pewnej nocy budzi się i z niepokojem i z wyczekiwaniem spogląda na pusty ekran telefonu, który jakby na zawołanie po chwili się odzywa. Nadkomisarz odbiera zawiadomienie, że nieopodal Fortu Bema w Warszawie spaliła się furgonetka. W środku było pięć pozbawionych głów ciał. Dekapitacja utrudnia śledczym identyfikację ofiar, policjanci jednak szybko łączą sprawę z co dopiero zgłoszonym zaginięciem, i dzięki porównaniu DNA ustalają, że jednym z zamordowanych był znany kolekcjoner sztuki. Podążając tym tropem, Nowak wciąż odkrywa nowe powiązania, a śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Czy ta – być może jego ostatnia – sprawa okaże się tą największą i najtrudniejszą?

Zawsze cieszę się, kiedy kryminał zawiera wątki dotyczące spraw, rzeczy, zjawisk, historii czy miejsc – mógłbym dłużej tak wymieniać – mi nie znanych. Stanowią one wartość wzbogacająca zasadniczą treść, która skupia się na śledztwie. W fabule Pięciu czaszek Tomasz Konatkowski umieścił niezwykle interesujące opisy tybetańskich wierzeń. Stanowią one ciekawe odniesienie do bardziej przystających do naszej rzeczywistości motywacji i zachowań, którymi kieruje chciwość.

Zdarza mi się narzekać i wytykać pisarzom, że umieszczają akcję kryminału w mniej bądź bardziej znanym mieście, lecz zapominają o tym, by poświęcić mu uwagi na tyle, aby literacka podróż pozwoliła czytelnikowi, choć po części, poznać nieznane mu miejsce, poczuć jego atmosferę, odkryć mentalność mieszkańców. W przypadku Pięciu czaszek jest zupełnie na odwrót. W tle nieporywającej tempem akcji Tomasz Konatkowski maluje obraz Warszawy. Momentami to stolica przeistacza się w centralną postać powieści, pochłaniając całą uwagę i autora, i jego głównego bohatera. Konatowski, oczami nadkomisarza Nowaka, odkrywa przed czytelnikiem stołeczne miasto z jego detalicznie opisaną topografią oraz wieloma twarzami i skrywanymi tajemnicami. To, poza wzbudzającą ciekawość i wciągającą fabułą oraz drobiazgowym śledztwem, najmocniejsza strona powieści.

Wspomniałem już o tym, co warte docenienia, to teraz kolej na to, co sprawiło, że o Pięciu Czaszkach nie mogę napisać wyłącznie dobrze. Książka Konatkowskiego ma kilka irytujących i przeszkadzających w czytaniu cech. Autor nadał wielu postaciom – i to takim występującym w jednej scenie – bardzo podobnie brzmiące nazwiska. I tak, na miejscu zbrodni i późniejszych scenach pracowali główny bohater nadkomisarz Adam Nowak oraz Robert Nowacki, zastępca szefa Laboratorium Kryminalistycznego KSP. Licytację w domu aukcyjnym Desy prowadził Juliusz Walkowski, a jednym z licytujących był Szymon Walicki. Pomimo skupienia zdarzało mi się wracać ze złością o kilka stron, by przypomnieć sobie i odróżnić postacie. Aż trudno uwierzyć, że podczas pracy nad wydaniem Pięciu czaszek nikt nie zwrócił na to uwagi. Powątpiewam, by był to celowy zabieg, aby jeszcze bardziej zagubić czytelnika, który poradził sobie z percepcją niejasnej – przynajmniej na początku – podwójnej narracji.

Wisienką na ciężkostrawnym literackim torcie były nic nie mówiące i nie wnoszące nazwy wybranych – w niezrozumiały sposób – rozdziałów czy podrozdziałów. Sam nie wiem po co, bo podział treści też był nieoczywisty i trudno było się w nim dopatrzeć logiki i połapać.

Pisząc te słowa, nie mogę odżałować samego pomysłu na kryminał, który był bardzo interesujący, jednak wspomniane przed momentem wady chwilami wyraźnie przesłaniały jego zalety. Cóż, autor w Pięciu czaszkach bardzo często wspomina i odwołuje się do sportu, zatem i ja użyję sportowej terminologii. Pisząc i chcąc to zrobić jak najlepiej, trzeba – podobnie jak w sporcie – uważać, żeby nie przetrenować. Konatkowskiemu się to niestety nie udało.

Źródło okładki: Wydawnictwo W.A.B.