Nie mogąc uwierzyć

Skrzywiona litera Toma Franklina to podobno kryminał. Co więcej, uznany i nagradzany. Ta – mająca poniekąd swoje walory – lektura, uświadomiła mi, że ja to jednak chyba nie wiem, czym jest literatura kryminalna. Choć – nie ukrywam – mam nadzieję, że się mylę. 

Z dala od wielkich amerykańskich metropolii, w małym miasteczku w stanie Mississippi, samotnie żyje, choć odpowiedniejszym słowem byłoby egzystuje, białoskóry Larry Ott. W młodości przyjaźnił się z czarnoskórym Silasem Jonesem, o czym nikt nie wiedział. Wtedy też został posądzony o uprowadzenie i zabójstwo swojej nastoletniej sąsiadki. Ciała nigdy nie odnaleziono, lecz nikt mu nie uwierzył. Przez kolejne kilkadziesiąt lat przyszło mu żyć piętnem, spotykając się z wykluczeniem społecznym i potępieniem. Społeczność o nim zapomniała, nie zauważając go do momentu, kiedy ginie kolejna dziewczyna. W tym samym czasie, po latach milczenia, Larry kilkukrotnie próbuje skontaktować się z Silem, który wrócił do Amos i jest jedynym policjantem w miasteczku. Były przyjaciel lekceważy telefony, lecz ma złe przeczucia. Wysłani do domu Otta ratownicy medyczni odkrywają, że ten został napadnięty i postrzelony. Czy Larry przeżyje, czy napaść łączy się ze sprawą sprzed ćwierć wieku?

Fabuła powieści Toma Franklina zapowiadała się schematycznie, lecz mimo to ciekawie. Niestety, akcji Skrzywionej litery brakowało tempa i napięcia. Wszystko działo się nieznośnie leniwie. Długie, pozbawione finezji opisy dominowały nad fabułą. Narracja pozostawiała wiele do życzenia, jakby miała zanudzić, a nie porwać czytelnika. Czytanie książki Franklina było niełatwe, trudno było się więc skoncentrować na treści, jakby podświadomie czytający chciał od niej uciec i skupić swoją uwagę na czym innym, bardziej pociągającym i interesującym.

O intrydze kryminalnej mógłbym nie pisać, o jej charakterystyce nawet nie wspominając. Śledztwo toczyło się jakby go nie było, a zagadka i jej – choć to zdecydowanie słowo na wyrost – rozwiązanie były dla czytelnika źródłem rozczarowania i zażenowania.

Powieść obyczajowa z historycznym tłem, jaką jest Skrzywiona litera, przepełniona jest typowo amerykańskim moralizatorstwem. Wydawać by się mogło, że rasizm jest już mocno wyeksploatowanym tematem, jednak to on – wraz z ostracyzmem – stanowi oś, wokół której zbudowana jest fabuła książki. Niestety, Tom Franklin zdaje się tym nie zrażać, a co gorsze, traktuje problematykę okropnie stereotypowo i – co najgorsze – odtwórczo, nie wnosząc w sprawę choćby krzty świeżego spojrzenia.

Odbiór książki w dużym stopniu zależy od nastawienia. Kiedy spodziewam się kryminału, oczekuję, że fabuła zogniskuje się wokół morderstwa i śledztwa w jego sprawie. Kiedy tak się nie dzieje, zazwyczaj bywam rozczarowany. A szkoda, i to z dwóch powodów. Pierwszy jest oczywisty, a tym drugim jest fakt, że nawet jeśli taka powieść ma inne zalety, rzadko potrafię się wtedy na nich skoncentrować i je docenić. Tak właśnie było w przypadku Skrzywionej litery, bowiem powieść Toma Franklina to epicka opowieść o nieodległej przeszłości i współczesności południa Stanów Zjednoczonych, żaden kryminał.

Źródło okładki: Wydawnictwo Papierowy Księżyc