Wpaść pod pociąg

Tak sobie wyobrażałam śmierć – nie tak wyobrażam sobie kryminał, szczególnie skandynawski. Johanna Mo napisała powieść, o której można powiedzieć wiele – i to nawet dobrze – tylko nie o występującym wątku kryminalnym. Będzie więc bardziej o książce, niż o szwedzkim kryminale.

Czterdziestoczteroletnia Helena Mobacke przed rokiem straciła syna – dziewięcioletniego  Antona – i odeszła z krajowej policji kryminalnej. Nie skończyło się na stracie dziecka, które zabił morderca. Odszedł też jej wieloletni partner. Policjantka to zlepek skutków przeżytej traumy – depresji, niepewności i strachu oraz wciąż wielkiego talentu do rozwiązywania najtrudniejszych zagadek kryminalnych. Choć boi się kontaktu z ludźmi, podejmuje decyzję o powrocie do pracy i zatrudnia się w komendzie rejonowej policji Sztokholm Południe. Szef wydziału kryminalnego Anders Nygårdem – pełen uznania dla jej zawodowego talentu i równocześnie obaw o formę psychiczną – powierza jej kierowanie pięcioosobową grupą dochodzeniową, która ma się podjąć rozwikłania najbardziej skomplikowanych spraw z południowych przedmieść Sztokholmu.

Już pierwszego dnia w nowej pracy zespół Mobacke otrzymuje wezwanie na miejsce zbrodni. Na stacji Sandsborg Erik Szymanski został zepchnięty na tory wprost pod nadjeżdżający pociąg metra. Osiemnastolatek nie przeżył, a sprawcy udało się uciec. Kiedy w taki sam sposób giną kolejne osoby śledczy – działający pod coraz większą presją szefostwa i mediów – muszą znaleźć powiązanie pomiędzy ofiarami i w ten sposób doprowadzić do złapania mordercy.

Tak sobie wyobrażałam śmierć  to książka słaba, w której tylko wyrazisty i przemawiający do czytelnika obraz traumy wart jest uwagi i zapamiętania. No właśnie, tylko czy o to chodzi w kryminałach? Kolejne studium straty i związanej z nią depresji, które górują nad fabułą przesłaniając wszystko inne, to nie jest to, po co sięgamy po kryminały. W nich powinno królować przede wszystkim morderstwo, dochodzenie do prawdy, pojedynek śledczego z mordercą. Oczywiście, barwna galeria postaci jest czymś, co zawsze podnosi wartość lektury. Niestety, w przypadku powieści Johanny Mo wszystkie elementy składowe kryminału wydają się być potraktowane po łebkach. Postacie są nakreślone sztampowo i bez wyrazu, intryga nie wciąga, śledztwo nuży, a zakończenie rozczarowuje.

Powieść Mo bywa momentami naiwna, traktuje znającego gatunek czytelnika jak ignoranta. Za przykład może posłużyć choćby udział profilera w śledztwie. Dzięki chociażby Katarzynie Bondzie i jej przedstawieniu pracy profilera wiemy, że jest to zajęcie wymagającej ogromnej cierpliwości, skrupulatności i przede wszystkim czasu. U Johanny Mo profiler przyjeżdża na komendę i już po chwili sypie wskazówkami na temat mordercy jak z rękawa!?

Skoro fabuła nie zachwyciła, to może sposób, w jaki została książka był jej mocną stroną? Też nie. Narracja została poprowadzona przez Mo w trzeciej osobie w czasie teraźniejszym. Ten zabieg się nie udał. Książkę czytało się fatalnie, jakby śledziło się wydarzenia zza szyby. Z mozolnie przewracanych kart nie zostaje w pamięci czytelnika wiele więcej, niż wspomnienie wytrwałości, która nie pozwalała mu rzucić powieścią w kąt już po pierwszych kilkunastu stronach.

Przeczytałem „kilka” kryminałów. Niektóre z nich były porywające, niektóre dobre bądź niezłe, niektóre „nieczytalne”, będące dla odbiorcy karą i katorgą. Tak sobie wyobrażałam śmierć  Johanny Mo zaliczyć muszę do tej ostatniej kategorii. Nie poleciłbym tej książki najgorszemu nawet wrogowi.

I kto wie, czy ostatnim zdaniem właśnie nie zachęciłem was do przeczytania i skonfrontowania własnej opinii z moją recenzją.

Źródło okładki: Wydawnictwo HELION