Szukając odpowiedzi

Zakładnik to premierowy kryminał w dorobku Przemysława Borkowskiego, a zarazem pierwsza jego książka, jaką przeczytałem. Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze, dawno nie przeczytałem powieści równie dobrej i – co niezwykle rzadkie – kompletnej. O drugim przeczytacie w ostatnich zdaniach niniejszej recenzji.

Doktor psychologii Zygmunt Rozłucki jest wrakiem człowieka. Przeżył rodzinną tragedię – odeszła od niego żona. Topiącego smutki w wyszukanej whisky psychologa wspiera profesor Witold Konarzewski, były promotor i obecny przełożony, który zatrudnił go jako terapeutę. To właśnie na prośbę chorego szefa Rozłucki idzie to telewizji, by jako ekspert w zastępstwie profesora wystąpić w porannym programie na żywo. Przed występem, podczas robienia makijażu, poznaje dziennikarkę Karolinę Janczewską. Zanim psycholog zdąży zadebiutować w telewizji, do studia wpada uzbrojony napastnik i bierze zakładników. Co skłoniło Dariusza Jakubca do tak dramatycznego kroku? O co chodziło w niezrozumiałym oświadczeniu, które wygłosił przed popełnieniem samobójstwa? Dlaczego musiał zginąć jeden z zakładników, Andrzej Lesicki, pracownik telewizji? Tragiczne i niewyjaśnione wydarzenie, które połączyło Janczewską i Rozłuckiego, skłania ich do rozpoczęcia śledztwa na własną rękę i znalezienia odpowiedzi na niedające się zapomnieć pytania.

W ostatnich latach ukazało się kilka książek – kryminałów bądź thrillerów – których głównymi bohaterami byli wcielający się w rolę detektywa lub angażujący się w śledztwo psychologowie. Powyższe zdanie mogłoby sugerować, że pomysł Borkowskiego na kryminał nie grzeszy oryginalnością, było jednak zupełnie na odwrót. Koncepcja ze stworzeniem duetu – psycholog – dziennikarka, była – oczekiwanym świadomie bądź nie – novum, powiewem świeżości i nowego spojrzenia na polską powieść kryminalną. A ta nie musi być oczywista i przewidywalna. Wręcz nie powinna, i wcale nie mam na myśli samej fabuły, lecz i klasycznie przypisanych ról książkowym postaciom.

Konstrukcja wspomnianej fabuły nie przypomina tej klasycznej formuły występującej w większości powieści kryminalnych. Mordercę znamy od pierwszych stron książki. W Zakładniku policja była na drugim planie, a wyręczali ją Janczewska i Rozłucki, którzy szukali powodów, jakie skłoniły zabójcę do tak dramatycznego i niezrozumiałego zachowania. Ich chęć poznania motywu i genezy działania zamachowca przerodziła się w pasjonującą, pełną zwrotów akcji, przygodę.

Powieść Borkowskiego cechują inteligentne i zabawne, wywołujące niewymuszony uśmiech czytającego, dialogi oraz lekkie – formą, nie treścią – opisy. Zakładnika czyta się błyskawicznie, z wielkim zainteresowanie i frajdą. Autor umiejętnie i przyjaźnie włada językiem, nadaje wartkie tempo akcji posługując się krótkimi, lecz treściwymi rozdziałami. Sama fabuła wciąga, sprawiając, że czytający przewraca kartki powieści prędko, z wciąż rosnącym zaciekawieniem. I co równie istotne – samo zakończenie dopełnia tę literacką rozrywkę, pozostawiając czytelnika z poczuciem niedosytu. Nie z powodu rozczarowania, bowiem o takim nie może być mowy, lecz zupełnie przeciwnie, bowiem chciałoby czytać dalej.

Na koniec wspomnę, że widząc na okładce znajomą twarz artysty z Kabaretu Moralnego Niepokoju, byłem mocno zaskoczony i zawstydzony. Nie spodziewałem się, nie skojarzyłem w pierwszej chwili nazwiska. Celowo nie napisałem o tym wcześniej, bo narzuciłoby to kontekst, i bez którego ta powieść się broni. To wyjątkowo udany kryminalny debiut, równie zaskakujący jak niespodziewana rola autora znanego dotychczas z zupełnie innej strony. Życzyłbym sobie więcej takich niespodzianek, więcej książek, od których nie można się oderwać, i którym nie można nic a nic zarzucić.

Przeoczyłem premierę Zakładnika, co miało tę zaletę, że nie będę musiał długo czekać na kolejny tom przygód Janczewskiej i Rozłuckiego, bowiem Niedobry Pasterz – ukaże się już za dwa dni.

Źródło okładki: Wydawnictwo Czwarta Strona