Uwięziona we własnych schematach

Minęło wiele czasu odkąd przeczytałem Pogromcę lwów Camilli LäckbergW pamięci zatarły mi się wydarzenia z dziewiątej książki z serii Saga o Fjällbace, choć była to jedna z najlepszych części. Królowa szwedzkiego kryminału wróciła Czarownicą, a my razem z nią do raz sielankowej, a raz mrocznej Fjällbacki. A tam jakby się nic nie zmieniło – są doskonale znani czytelnikom bohaterowie oraz kolejne morderstwo i zagadka do rozwikłania.

Pierwsze strony przenoszą czytelnika do Fjällbacki, jakby nie było go tam zaledwie kilka dni. Pisarka Erika Falck drażni się ze swoim mężem Patrikiem Hedströmem – policjantem. Szkoda tylko, że zamiast dni od przeczytania poprzedniego tomu minęły blisko dwa lata i zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć ani zorientować się do czego się odnoszą, o czym rozmyślają i rozmawiają bohaterowie.

Tym, co się w spokojnej nadmorskiej miejscowości zmieniło, to umieszczenie w niej uchodźców. Syryjczycy spotykają się z powszechnym ostracyzmem, z którym walczą tylko nieliczni mieszkańcy Fjällbacki.

Wracając do fabuły. Erika pracuje nad kolejną książką, w której przywołuję wydarzenia sprzed trzydziestu lat. W Fjällbace została wówczas zamordowana czterolatka. Do morderstwa przyznały się dwie nastolatki, które później wycofały swoje zeznania, a zbrodnia pozostała niewyjaśniona przez kolejne dekady. Kiedy do miasteczka wraca jedna z nich – Marie – która została hollywoodzką gwiazdą filmową i w Szwecji kręci swój kolejny film, czytelnik spodziewa się, co najprawdopodobniej się wydarzy. Nie ma zaskoczenia, ginie kolejna czterolatka, która zostaje znaleziona w tym samym miejscu, co ofiara przed laty.  Do akcji wkraczają Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu w Tanumshede. Wyjaśnienie zagadki nie będzie jednak proste.

To najsłabsza książka Camilli Läckberg. Nudna i koszmarnie długa. Bo choć stron „tylko” sześćset, to wydawało mi się, że jest ich o tysiąc więcej i nigdy tej książki nie skończę. Autorka pogubiła się w proporcjach. Tym razem jest to powieść głównie obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Męczą kolejne akapity poświęcone rozmyślaniom Eriki, jej siostrze –  Annie – i innym bohaterom. Za mało jest dedukcji, policyjnej roboty i dochodzenia do prawdy.

Królowa szwedzkiego kryminału stała się niewolnikiem własnego schematu pisania książek. Czarownica to zręcznie napisana powieść, która niestety jest kalką wcześniejszych konstrukcji autorki. Tylko to, co sprawdzało się przez dziewięć poprzednich tomów Sagi o Fjällbace, tym razem okazuje się pomysłem nietrafionym. Poza bieżącą akcją śledzimy to, co wydarzyło się trzydzieści i ponad trzysta lat temu. W Czarownicy jest to zabieg zupełnie chybiony. Wydarzenia sprzed trzech dekad niewiele wnoszą do sprawy, a te sprzed trzech wieków są zupełnie oderwane od głównej fabuły książki. Co gorsza, wyjaśnienie z ostatnich dwóch stron Czarownicy pasuje bardziej do słabego licealisty, a nie pisarki o uznanej, światowej renomie. Jednym słowem – rozczarowanie. Zawiedziony byłem również samym rozwiązaniem kryminalnej zagadki. Odniosłem wrażenie, że tym razem Läckberg do samego końca nie wiedziała, jak wyjaśnić, bądź co bądź sztampową tym razem, intrygę.

Jeszcze gorzej wypada wątek z uchodźcami. Autorka aż za bardzo stara wygłosić manifest polityczny, którym urabia czytelnika, by ten – niezależnie od swoich poglądów –  przekonał się do przyjmowania uchodźców przez Szwecję. Läckberg wypowiada ustami swoich bohaterów moralizatorskie komunały, bez których kryminał, jakim w zamyśle miała być Czarownica, obszedłby się bez szwanku.

Kończąc, trudno napisać coś innego, niż kilka cierpkich zdań. Książka jest niespójna, czyta się ją fatalnie. Odbiorcy Läckberg dwa lata czekali na powrót do Fjällbacki i jedyne, czego się mogą po nim spodziewać to niedowierzanie i – powtórzę – rozczarowanie.

Źródło okładki: Wydawnictwo Czarna Owca