Szwedka w pięciu smakach

Czytam, jak mnie napadnie, ale jak już mnie napadnie, to c z y t a m. Tak się właśnie stało z Henningiem Mankellem. Mój Sportowy Przyjaciel podrzucił mi Powrót nauczyciela tańca autorstwa szwedzkiego pisarza, który mnie napadł, więc czytałem. Byłem pod wrażeniem, bo było po szwedzku, czyli zimno. Były nazwy miejscowości i nazwiska trudne do wymówienia, było morderstwo, a nawet dwa, było śledztwo. Sięgnąłem zatem po kolejny kryminał Mankella, a wybór padł na Chińczyka. Już po pierwszych akapitach czułem, że jestem w Szwecji, choć tak naprawdę to nigdy tam nie byłem.

Zaczyna się bardzo mocno – zbiorową zbrodnią w Hesjövallen – gdzie zostaje brutalnie zamordowanych kilkanaście osób. Sprawa trafia w ręce Vivi Sundberg, policjantki z miejscowego komisariatu. Sundberg zdaje sobie sprawę ze skali dochodzenia jakie wyrosło przed nią całkowicie z zaskoczenia w miejscowości, której nie umieszczono nawet na mapie Szwecji. Nie ona jednak staje się główną bohaterką kryminału.

Tę rolę Mankell przypisuje sędzinie z Helsingborgu Birgitte Roslin, która przypadkiem odnajduje pokrewieństwo z zamordowanymi tam osobami i rozpoczyna prywatne śledztwo. Wraz z nią pojawia się analogiczny do Powrotu nauczyciela tańca schemat tworzenia głównego bohatera, w którym główna postać musi zrobić przerwę w pracy ze względów zdrowotnych. Oprócz rzucenia się w wir wyjaśniania zagadki, boryka się z problemami osobistymi, szuka odpowiedzi na  pytanie: czemu moje małżeństwo jest takie, jakie jest?

Na szczęście autor tylko czasami porusza ten temat, za to funduje nam wycieczkę po świecie i w czasie. Przerzuca nas z 2006 roku do drugiej połowy XIX wieku, a wraz z bohaterami podróżujemy ze Szwecji do Chin, następnie przez Stany Zjednoczone do Zimbabwe, na chwilę wracamy do Szwecji, by zakończyć tę literacką podróż w Londynie.

Wrażenia mam mieszane. Pamiętając o Powrocie nauczyciela tańca, również po Chińczyku spodziewałem się książki utrzymanej w zimnym szwedzkim klimacie i tak było do pewnego momentu. Nie doszukiwałem się tu Stiega Larssona, autora fenomenalnego Millenium, natomiast mnogość dygresji w drugiej części trochę mnie zmęczyła. O ile przedstawiona reminiscencja świetnie oddała klimat XIX wieku widziany oczami chińskich chłopców tonących w tyglu śmierci, biedy, głodu i poniżenia, o tyle zbyt szczegółowo przedstawiona historia, a raczej plany gospodarcze Państwa Środka spowolniły tempo książki.

Wątek chiński wymknął się spod kontroli i zaczął żyć swoim życiem. Mankell przedstawił nam elitę rządzącą Chinami, która stoi u bram wprowadzenia nowego porządku i choć powinno być ciekawie, to robi się nudno. Autor zapędził się za daleko od porzuconego wątku głównego, który zaginął gdzieś podczas rejsu ku lepszej azjatyckiej przyszłości.

Na szczęście przybijamy do brzegu, choć daleko jeszcze do Szwecji, do brutalnego masowego mordu. Rozwiązanie zagadki było odległe, a do końca książki pozostawało coraz mniej stron! Zaczynam mieć obawy, że szwedzki kryminał zmienia barwy i staje się wielowątkową – może nawet zbyt wielowątkową – powieścią obyczajowo-społeczną z morderstwem w tle. Kiedy tylko powieść obiera kurs na kryminał okazuje się, że śledztwo stoi w martwym punkcie, a policja zadowala się czymkolwiek byleby zakończyć sprawę. Prywatne dochodzenie Birgitty nie ma wpływu na oficjalne śledztwo, a rysujący się mgliście motyw zbrodni jest nadal rozmyty. Birgita Roslin – główna i zarazem niegłówna bohaterka – nie stała się cząstką układanki kryminalnej, która balansuje na krawędzi śmierci.

Nie doczekałem się śledztwa, które było głównym powodem sięgnięcia po Chińczyka, i choć po długim wstępie akcja przyspiesza i bardzo szybko zmierza do końca, ten nie satysfakcjonuje i pozostawia uczucie niedosytu. Niemniej Mankella czyta się bardzo dobrze i pomimo sześćsetstronicowej lektury z chęcią czytałbym kolejne dwieście-trzysta z nadzieją, że powieść powróci do korzeni i znowu stanie się zimnym szwedzkim kryminałem.

Źródło okładki: Wydawnictwo W.A.B.