Qui pro quo

Przeczytałem wszystkie książki Katarzyny Bondy, także te niebędące powieściami. Zachwycałem się serią z Hubertem Meyerem, oczekiwałem na tetralogię Cztery żywioły Saszy Załuskiej. Pochłaniacz – pomimo powielenia zawodu głównego bohatera – okazał się obiecującą pozycją. Okularnik wymagał – ze względu na rozciągniętą fabułę i opisy – drugiego (sic!) podejścia. Lampiony – rozczarowujące – przeczytałem z niedowierzaniem, co sprawiło, że po Czerwonego pająka sięgnąłem po ponad dwuletniej przerwie od książek Bondy. Mogłem się tak nie spieszyć.

Sasza Załuska poszukuje Karoliny, swojej uprowadzonej córki. Wie, że dopadła ją mroczna przeszłość, a ludzie z jej cienia są bezwzględni i nie odpuszczą, jeśli profilarka nie spełni ich żądań. Nic nie jest takim, jakim wydaje się być, a ludzie tymi, za których się podają. Rozpoczyna się okrutna walka, której stawką jest zwierzchnictwo i wielkie pieniądze, a życie dziecka jedynie nic nie znaczącym elementem tajemniczej i skomplikowanej układanki, którą skonstruowali ci, którzy dzierżą prawdziwą władzę w kraju.

Nie można oceniać książki po okładce, trzeba ją wcześniej przeczytać. Tylko z tego powodu nie przerwałem lektury po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Tyle wystarczyło, by uzyskać przeświadczenie, że kolejne godziny z powieścią Katarzyny Bondy w ręce będą drogą przez mękę. I, niestety, nie pomyliłem się. Czerwony Pająk to książka okrutnie rozwleczona.

Powieściowe wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni ponad trzydziestu lat. Akcja książki jest chaotyczna i rozwija się bardzo niemrawo. Czytelnik z mozołem przebija się przez kolejne opisy, które zamiast rozjaśniać, zaciemniają fabułę. Autorka wprowadza tak wiele wątków, że trudno połapać się i jednoznacznie określić, co faktycznie jest główną osią fabuły, którą wydawać się miały losy Saszy Załuskiej, poszukującej w czwartym tomie serii swojej uprowadzonej córki.

Czytając Czerwonego pająka, można poczuć się mocno skonfundowanym i zagubionym. Katarzyna Bonda nie dość, że stworzyła kilkadziesiąt czy nawet kilkaset postaci, to raz używała ich nazwisk, raz pseudonimów. Gdyby tego – o zgrozo! – było mało, to manipulowała czasem, niezbyt zrozumiale tłumaczyła powiązania, o zwykłych błędach nie wspominając. Kiedy autor buduje swoją pisarską markę na wiarygodności, doskonałym przygotowaniu, to nie może – przynajmniej nie powinien – popełniać prostych błędów. W drugim rozdziale, którego akcja rozgrywa się w 2000 roku, Bonda pisze o portmonetce z monetami euro, które do obiegu gotówkowego zostało wprowadzone dopiero dwa lata później, w 2002 roku.

Czerwony pająk to książka, którą różnie można by określać, lecz w najmniejszym stopniu jako kryminał. To opowieść o przenikających się światach wielkiej polityki, służb specjalnych i mafii, która, jak informuje wydawnictwo, jest fikcją literacką. W podziękowaniach Katarzyna Bonda przywołuje nazwiska prokuratora, autorów – polskich i zagranicznych – piszących m.in. o polskiej historii najnowszej, przemianach, polityce i politykach, mafii, jakby sugerując, na czym opierała się, tworząc fabułę. W samej powieści występują postacie, których identyfikacja z rzeczywistymi – żyjącymi i nie – osobami nie nastręcza żadnego problemu. To strasznie raziło, bowiem albo miał to być kryminał, albo książka powstała w wyniku dziennikarskiego śledztwa bądź kwerendy, przywołująca fakty, odnoszące się do konkretnych wydarzeń i nazwisk. W przeciwnym razie pozostaje niesmak, tak jak w tym przypadku.

Okładkę Czerwonego pająka przyozdabiają słowa: „Wszystko ma swój koniec”. A to nieprawda, bowiem daleki jestem od stwierdzenia, że to historia skończona, kompletna, składająca się w całość. Finał, tak jak cała książka, rozczarowuje. Autorka nie poświęciła zbyt wiele miejsca i uwagi, by dokładnie wyjaśnić monstrualnie rozbudowaną fabułę. Czytelnik, po przeczytaniu ponad ośmiuset stron, odkłada książkę z poczuciem, że rozumie niewiele więcej niż na początku i mógł – odczuwając ulgę – rzucić powieść Katarzyny Bondy w kąt dużo, dużo wcześniej.

Źródło okładki: Wydawnictwo MUZA SA