Zabójcza poezja

Dłonie śmierci to druga książka Grzegorza Skorupskiego, której bohaterem jest Adam Karski. Pierwszą, Smak błękitu, recenzowaliśmy, wytykając autorowi naiwności, pretensjonalną poetyckość, historyczne pomyłki. Druga, niestety, nie jest lepsza.

Akcja Dłoni śmierci toczy się dziewięć lat po wydarzeniach opisanych w Smaku błękitu. Mamy rok 1920. Na wschodzie Polacy walczą z bolszewikami. W Gostyniu Adam Karski tworzy struktury nowej, polskiej już policji i prokuratury. I musi zmierzyć się z serią okrutnych zbrodni. Najpierw ginie młoda kobieta. Jej ciało znaleziono w stawie, najprawdopodobniej utonęła. Nie wiadomo, czy to było samobójstwo, nieszczęśliwy wypadek, czy może morderstwo. Zmarła w dłoni trzymała papierową lilię, a następnego dnia Karski dostanie taki sam papierowy kwiat i wiersz – ewidentnie nawiązujący do śmierci dziewczyny. Sprawę skomplikuje śmierć kolejnych osób, już bez wątpienia ofiar mordercy. Być może seryjnego – wskazują na to wiersze znalezione przy ofiarach. Jednocześnie policja w Gostyniu musi zająć się problemem nielegalnej agitacji – na ulicach miasta pojawiają się bolszewickie plakaty i ulotki.

Podobnie jak w pierwszej książce Skorupskiego, także w tej nie brakuje poezji. Autor nie tylko przy okazji kolejnych trupów przywołuje Stanisława Korab-Brzozowskiego. Każdy rozdział powieści zaczyna się cytatem z wierszy młodopolskiego poety. W rozdziałach ósmym i dziesiątym to zresztą ten sam cytat – Stanisław Korab-Brzozowski w swoim krótkim życiu napisał wprawdzie niewiele utworów, ale na tyle dużo, by wystarczyło ich na czternaście rozdziałów powieści plus epilog. Jak rozumiem, dekadencka poezja ma wprowadzić czytelnika w atmosferę wielkopolskiego miasteczka, które liże krwawe rany z pierwszej wojny światowej (frontowe przeżycia i traumy często przywoływane są we wspomnieniach i rozmowach bohaterów). To zabieg o tyle chybiony, że fin de siècle, dekadentyzm, moda na Przybyszewskiego były przebrzmiałą już nutą, wspomnieniem zatartym przez cztery lata krwawych zmagań w Europie. I trudno uznać je za charakterystyczne dla 1920 roku. No chyba że autor chciał błysnąć znajomością poezji. Ale takie niecne podejrzenie odrzucam ze wstrętem.

Ale weźmy to poetyckie tło powieści za dobrą monetę (i przyznajmy – autor zaimponował nam znajomością twórczości Stanisława Korab-Brzozowskiego). Nie można jednak tego zrobić z kryminalną intrygą. Bo choć, skądinąd ciekawie pomyślana i poprowadzona, rozczarowuje finałem. Autor myli tropy, gmatwa wątki, i chyba sam się w nich nieco pogubił. O ile przekonująco wyjaśnia powody zabójstwa większości ofiar, o tyle w jednym przypadku tego nie robi. I nie wiadomo zupełnie, dlaczego jedną z postaci uśmiercił. Nie tłumaczy tego ani wprost, ani nawet nie sugeruje powodów. Mamy drobiazgowe wyliczenie jak została zabita, ale ani jednego słowa dlaczego tak się stało.

Gdybyśmy i na to machnęli ręką, pozostaje jeszcze język powieści. Niekiedy Skorupski  posługuje się polszczyzną w sposób zupełnie niezrozumiały. Oto Karski wspomina na cmentarzu: Przyjaciela, który bardziej niż ojciec przekazał mu wiele. Wiele czego, chciałoby się zapytać. Inny z bohaterów powieści tak z kolei wspomina pobyt na froncie we włoskich Alpach: Włoskie aeroplany bombardowały ich cienkie stalowe pręty o zaostrzonej końcówce. Gdy Karski odwiedza  mieszkanie jednej z ofiar, autor zauważa: Widać było, że matka denatki była nauczycielką, która jednak nie zerwała kontaktu ze sztuką. Po czym było widać, że była nauczycielką? Nie wiadomo. I dlaczego jako nauczycielka miałaby zrywać kontakt ze sztuką? To też pozostaje tajemnicą. Wiadomo za to skąd wziął się wniosek, że jednak tego nie zrobiła: na ścianach wisiały reprodukcje Muncha i Mehoffera. I jeszcze jedna refleksja, tym razem dotycząca dzieci: Mimo urazów związanych z utratą bliskich w wojnach czy powstaniach, dziatwa zawsze potrafiła choć na chwilę zapomnieć o bólu i gonić się wśród kurzy opustoszałych ulic… Dodajmy do tego pretensjonalność, na przykład autor uparcie nazywa teatr świątynią Melpomeny.

Każdy rozdział powieści, oprócz poetyckiego motta, zaczyna przegląd wydarzeń z danego dnia. Nie brakuje wojennych wspomnień i opisów sytuacji, w jakiej znalazła się Wielkopolska na początku 1920 roku. Historyczne tło przywołują też bohaterowie w rozmowach. Problem w tym, że posługują się zadziwiająco współczesnym językiem. Jednej z kobiecych postaci Karski nigdy nie widział …tak wyluzowanej, inna ma biust tak wydatny, że zamortyzowałby nawet uderzenie czołowego zawodnika futbolu amerykańskiego. Sto lat temu to był sport popularny niemal wyłącznie na amerykańskich uczelniach i praktycznie nieznany na Starym Kontynencie. Jeden z podejrzanych gorzko wspomina dzieciństwo i rodziców, których postępowanie sprawiło, że – jak sam się zdiagnozował – miał deficyt akceptacji. Aż chciałoby się mu doradzić, by poszukał gabinetu psychoanalityka. Choć w Gostyniu w 1920 roku miałby z tym problem. Niemal tak duży jak Adam Karski, który miał do wyjaśnienia kilka morderstw, a nie miał portretu psychologicznego mordercy. A wystarczyłoby poczekać kilkadziesiąt lat.

Opisując pokój jednej z ofiar autor zauważa, że miał …klimat, który Karskiemu kojarzył się z krzykiem mrocznych podkładów świadomości. Chodziło prawdopodobnie o „pokłady”, a po przeczytaniu tej powieści rodzi się krzyk. Krzyk rozpaczy.

Nasza recenzja Smaku błękitu Grzegorza Skorupskiego

Dziękujemy Wydawnictwu Oficynka za udostępnienie egzemplarza powieści do recenzji

Źródło okładki: Wydawnictwo Oficynka