„Koci” kryminał

Kiedy nie było internetu czy nawet telewizji, to właśnie książki były oknem na świat. Nawet jeśli szyba nie była idealnie przejrzysta, to i tak warto było przez nią spojrzeć. Tak właśnie było ze Złą walutą Eweliny Dydy i jej obrazem Tarnobrzega.

Książkę kupiłem, bowiem nigdy nie byłem w Tarnobrzegu. Chciałem się wybrać na literacką wycieczkę i się nie zawiodłem. Autorka wyraziście przedstawia swoje miasto. Nie tylko topografie, lecz również mentalność i charakter. To chyba największa wartość tej powieści kryminalnej. Celowo używam określenia powieść, ponieważ nie przekonała mnie sugestia z okładki i posłowia, że to kryminał noir. Nie przekonały mnie również nachalne odwołania do gatunku, jak wszechobecne książki Chandlera, Macdonalda i Hammeta, wspomnienia postaci Sama Spade’a, tatuaż statuetki sokoła maltańskiego, kubek z wizerunkiem Humphreya Bogarta czy też kot o imieniu Chandler. To było sztuczne i niepotrzebne. Jak dla mnie to zwykły kryminał, i mam tu na myśli jednocześnie gatunek oraz poziom.

A tak szczerze mówiąc, to chyba nie przesadzę pisząc, że to był pierwszy „koci” kryminał, jaki w życiu przeczytałem. Przecieracie oczy ze zdziwienia? Już tłumaczę. Nie policzyłem, lecz pewnie się nie pomylę, jeśli napiszę, że wspomniany już kot Chandler w książce wymieniany jest z imienia częściej, niż główny bohater – Jakub Rau. Przypuszczam, że Ewelina Dyda to wielka kociara, lecz nawet to nie tłumaczy dlaczego w Złej walucie poświeciła tyle akapitów i uwagi czytelnika, aby rozpisywać się o kocie.

Wspomniany już Jakub Rau to typowy bohater kryminału. Po rozwodzie wraca z Lublina do rodzinnego Tarnobrzega, gdzie próbuje zacząć wszystko od nowa. Jedyne, co go odróżnia od wielu podobnych mu postaci, to fakt, że jest prywatnym detektywem, a nie policjantem. Akcja książki rozpoczyna się w momencie, kiedy z balkonu wieżowca wypada i ginie młoda kobieta, a Rau otrzymuje zlecenie oczyszczenia z zarzutu morderstwa podejrzanego Igora Haddada. Choć dziewiętnastolatek to urodzony w kraju Polak, to odziedziczone po ojcu Arabie nazwisko jest równoznaczne z osądem i wyrokiem.

Jakub Rau – narrator powieści – prowadzi śledztwo powoli, jakby pomiędzy wlewanymi w siebie kolejnymi piwami. Towarzyszą mu – i w piciu, i rozwiązywaniu zagadki – inne postacie, które nakreślone zostały przez autorkę wiarygodnie. Ewelina Dyda ustami swoich bohaterów często podkreślała małomiasteczkowy charakter Tarnobrzega, z wieloma tego wyrazami, jak choćby powolnie płynący czas czy uprzedzenie do obcych i uchodźców.

Akcja rozwija się powoli. Nie przyspiesza nawet wtedy, kiedy giną kolejne osoby powiązane ze sprawą. Tempo jest charakterystyczne dla Tarnobrzega – nieśpieszne. Skłamałbym więc, pisząc, że książka mocno trzyma w napięciu, a rozwiązanie zagadki zaskakuje. Jednak, odkładając lekturę na półkę, nie miałem poczucia straconego czasu.

Zła waluta to kolejny debiut, jaki przeczytałem w ostatnich tygodniach. Tym razem bez emocji, jakie towarzyszyły mi chociażby w trakcie lektury Prokuratora Pauliny Świst. Pomimo wad, o których wspomniałem powyżej, książka Eweliny Dydy jest przyzwoita. Nie ma w sobie nic wybitnego, ale trudno też konstrukcji intrygi i sposobowi narracji coś zarzucić. Podsumowując, to kryminał jakich wiele, lecz warty uwagi ze względu na udany obraz Tarnobrzega i jego mieszkańców.

Źródło okładki: Wydawnictwo W.A.B.