Déjà vu

Iluzjonista to najlepsza książka Remigiusza Mroza od dłuższego czasu, co w przypadku tego pisarza oznacza kilkanaście bądź kilkadziesiąt miesięcy. Mróz wraca do postaci Gerarda Edlinga, znanego z Behawiorysty, choć nie tylko, wraca również do wydarzeń sprzed trzydziestu lat. I był to – choć nie pozbawiony mankamentów – udany powrót.

Znak zapytania to symbol, który w 1988 roku wrył się w pamięć Gerarda Edlinga, który jako młody asesor uczestniczył w pogoni za tajemniczym i brutalnym mordercą, nazywanym Iluzjonistą. Zabójcę, który swoim ofiarom wypalał pytajnik na skórze, złapano i osądzono, a sprawę zapomniano. Po trzech dekadach w Opolu dochodzi do morderstw, które do złudzenia przypominają te, których dokonał Iluzjonista. Do śledztwa zostaje włączony Edling, który będzie musiał się zmierzyć z wydarzeniami, które swoją genezę mają w historii sprzed trzydziestu lat.

Z książkami Remigiusza Mroza jest pewien problem – ich ogromna liczba. Wynika z niej kilka niedogodności dla czytelnika, który poza powieściami opolanina sięga jeszcze po inne książki. Jeszcze przed kilkoma laty autor ostrożnie mieszał postacie z jednego cyklu w wydarzenia dziejące się w innych seriach. Zazwyczaj były to niewiele znaczące wątki, niewpływające na odbiór zasadniczych historii. Odkąd to się zmieniło, trudno połapać się, co, gdzie i kiedy miało miejsce. Tak też się stało w przypadku Iluzjonisty. Przeczytałem Behawiorystę bodajże trzy lata temu, czyli w przypadku Mroza w zamierzchłych czasach, i zdążyłem zapomnieć nie tylko fabułę, lecz i postać – także imię i nazwisko – głównego bohatera. Pamiętałem tylko zarys rozwiązania zagadki, tylko ze względu na fakt, że żywo przypominało to z finału ówczesnej trylogii o Forście. Poza tym nic więcej. W międzyczasie przeczytałem wiele innych książek pisarza, w tym serię polityczną. Zupełnie nie pamiętam Gerarda Edlinga z tych książek. W Iluzjoniście odniesień jest za to wiele, co czyni je niezrozumiałymi. To dziwne zachowanie autora, który albo liczy, że pisze już tak wiele książek, iż jego czytelnicy nie mają czasu na inne pozycje albo robią po każdej lekturze notatki. W przeciwnym razie nie sposób jest się połapać we wszystkich „mrozowskich” opowieściach, które coraz mocniej się przenikają. Jako wiernego i dość uważnego czytelnika Remigiusza Mroza irytowało mnie, że nie wiem – nie pamiętam, nie rozumiem – co wydarzyło się w życiu głównego bohatera od czasu pierwszego spotkania z nim. A fakt, że nieznane mi zdarzenia wpływały na postawę Edlinga, zdecydowanie obniżał zarówno odbiór, jak i finalną ocenę książki.

A sama powieść jest powiewem świeżości w twórczości Remigiusza Mroza, po dość nużącym i przydługawym ostatnim tomie z serii o Chyłce i Zordonie, Wyroku. Poza wspomnianą w powyższym akapicie wadą, najnowsza powieść pisarza jest naprawdę dobrym kryminałem. Zagadka kryminalna jest interesująca, intryga wciąga, i choć można podejrzewać, co się wydarzyło i finalnie wydarzy, rozwiązanie jest satysfakcjonujące. Autor dynamicznie prowadzi akcję, równie sprawnie opisując wydarzenia mające miejsce u schyłku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, jak i te dziejące się obecnie. Co więcej, te dwie płaszczyzny logicznie się zazębiają, tworząc pełny obraz.

Czytając Iluzjonistę, odniosłem wrażenie, że tym razem Mróz bardzo dobrze zrównoważył wszystkie elementy składające się na powieść. Nic – szczególnie dialogi, ciekawostki czy odwołania muzyczne – nie dominuje nad resztą składników. Opisy i dialogi dobrze się uzupełniają, ton narracji jest lekki, a wszystko to razem powoduje, że Iluzjonistę czyta się łatwo i szybko.

Remigiusz Mróz pokazał Iluzjonistą, że wciąż stać go na napisanie dobrego kryminału. Gdyby tak jeszcze wrócił do niewiązania bądź tylko luźnego nawiązywania do innych swoich serii, to kolejne jego powieści czytałoby się z podobną przyjemnością, jak te sprzed dobrych kilku lat. Tego autorowi i – przede wszystkim – sobie życzę.

Źródło okładki: Wydawnictwo Filia