Kryminalny zawrót głowy

Kołysanka to pierwsza powieść Bartłomieja Piotrowskiego. Książka określana na okładce jako mroczny thriller kryminalny przyprawia o zawrót głowy. To zadziwiające, jak wiele autor zdołał zmieścić na dwustu kilku stronach. Równie zaskakujące było to, że udało mu się przy tym nie pogubić.

Gliwice żyją w strachu. W mieście porywane są dzieci, których ciała zabójca porzuca na placach zabaw. „Pan Kołysanka”, jak został nazwany morderca, działa w zaskakujący i niezauważalny sposób, a miejscowa policja jest bezradna. Kiedy ginie kolejne dziecko, Dorota, jej matka, zwraca się do siostry swojego nieżyjącego męża, Artura, z prośbą o pomoc.

Gaja Wolf to była zawodowa żołnierka pozbawiona skrupułów. Trzydziestopięcioletnia kobieta rozpoczyna prywatne śledztwo, w które wciąga Oskara Krula, związanego niegdyś z Arturem. Razem rozpoczynają pościg za mordercą, szybko odkrywając powiązania łączące rodziców ofiar.

Recenzując książki, rzadko posługuje się cytatami. Tym razem, już na początku lektury zwróciły uwagę, wywołując mieszające się emocje i uczucia politowania i śmiechu. Przywołam dwa, przypadkowo – w książce oddziela je parędziesiąt stron – korespondujące ze sobą. — Potwora może pokonać tylko inny potwór — przerwała jej Dorota. — Gaja… Ty jesteś naszym potworem. (…) Oskar poczuł ekscytację. Do tej pory traktował ich śledztwo jako sposób na uspokojenie sumienia, ale nie liczył, że udawanie detektywów może pomóc uratować Zuzę. Teraz jednak uwierzył, że jest cień szansy na ocalenie dziewczynki.

Nawet teraz, kiedy piszę tę recenzję po przeczytaniu książki, wyrwane z kontekstu zdania sprawiają, że nie mogę zapomnieć, iż Kołysanka to debiut. I zapewne na jego karb złożyłbym te niezbyt udane wersy, gdyby nie fakt, że mało było – bądź w ogóle – w powieści Bartłomieja Piotrowskiego cech, które by ją czymkolwiek wyróżniły, stanowiąc asumpt do pominięcia cytatów i skupienia się na czym innym.

W poprzedniej recenzji napisałem, że rzadko zdarza mi się czytać kryminały, w których ofiarami są dzieci. Traf chciał, że druga książka z rzędu, którą wziąłem do ręki, znowu traktowała o morderstwach najmłodszych. Bartłomiej Piotrowski oszczędził czytelnikom przerażających szczegółów, lecz rozdziały opisujące traumatyczne przeżycia porwanych dzieci dotykają.

Kołysanka to książka, której autor skoncentrował się na akcji. Fabuła nie jest rozbudowana, a powieść tworzą kolejne wydarzenia prowadzące do logicznego wyjaśnienia zagadki. Bartłomiej Piotrowski nie zanudza czytelnika opisami, a swoje postacie potraktował bez przesadnej uwagi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor stworzył dość płytki obraz głównych bohaterów. Sprawą otwartą pozostaje kwestia, czy zrobił to świadomie czy debiutującemu pisarzowi zabrakło umiejętności, by uważniej nakreślić sylwetki Gai i Oskara, nadając im głębi. Nie przeszkadza to w odbiorze książki, bowiem jej objętość sugeruje, że czegoś musiało w niej zabraknąć. A skoro nie brakuje zwrotów akcji, to musiało się to chociażby odbić na kreacji bohaterów.

Na koniec niniejszej recenzji zostawiłem sobie jedną myśl, która nie opuszczała mnie przez większość lektury Kołysanki. Czytaniu powieści Bartłomieja Piotrowskiego, który jej główną bohaterką nazwał Gaja, towarzyszyło uczucie, że nie tylko wspomniane przed momentem imię przywołuje Gaję Grzegorzewską. Również sami bohaterowie – Gaja i Oskar – przypominają Julię Dobrowolską i Aarona Goldenthala, postacie z serii krakowskiej pisarki kryminałów, szczególnie z pierwszych tomów. Nie wiem, czy Piotrowski czytał choćby jedną z książek Grzegorzewskiej, lecz podobieństwo – z zachowaniem odpowiednich proporcji – było zauważalne. Zastanawiałem się, czy to wada. Odkładając książkę na półkę, uznałem, że raczej nie.

Źródło okładki: Wydawnictwo HELION