Końca nie widać

Kiedy z półki z wyrzutem spoglądały na mnie trzy kolejne najnowsze powieści Remigiusza Mroza, postanowiłem w końcu coś z tym zrobić. Jeszcze nigdy nie kazałem książkom opolanina tak długo czekać na swoją kolej. Zacząłem od tej najświeższej, Kontratypu. Ósmy tom przygód Chyłki i Zordona to już nie jest thriller prawniczy, tylko brawurowa – czasem nawet zbyt – powieść sensacyjna, która – jak to u Mroza bywa – niesamowicie wciąga. Hashtag i Zerwa pozostały na regale.

W Himalajach wydarzyła się tragedia. Podczas wspinaczki na Annapurnę zginęło troje polskich himalaistów. Sprawa zyskuje w kraju jeszcze większy rozgłos, kiedy okazuje się jednak, że jedna osoba przeżyła tragedię, która rozegrała się na dachu świata. Młoda alpinistka, Klara Kabelis, cudem przetrwała, lecz po zejściu zamiast radości czekała ją niespodziewana przykrość. Została zatrzymana na nepalskiej granicy i oskarżona o morderstwo swoich górskich kompanów. W tym samym czasie, w Warszawie, Chyłka układa sobie życie z Zordonem, śledząc wydarzenia z Nepalu. Pozorny spokój prawników zostaje szybko zmącony, a oni stają przed wyzwaniem uwolnienia wspinaczki. Inaczej ucierpi ktoś z ich bliskich…

Siadając do pisania tej recenzji zachodziłem w głowę, jak do niej podejść. Pierwsze, co mi się nasunęło, to skopiować tekst o Testamencie, tylko dodać nowy tytuł. Jesteście zaskoczeni? A nie powinniście, bowiem Kontratyp, szczególnie konstrukcją, bardzo przypomina siódmy tom serii. Chyłka znowu ma problemy, a jakby tego było mało, to ponownie zostaje podstępem zmuszona do podjęcia się obrony w sprawie, którą uważa ze wszech miar niekorzystną z punktu widzenia potencjalnych korzyści bądź zagrożeń kancelarii Żelazny&McVay i jej samej. Nic więcej w tej kwestii nie napiszę, by nie psuć wam przyjemności z czytania.

Kontratyp to książka typowa dla Remigiusza Mroza. Fabuła jest interesująca i, jak to często u Mroza bywa, odnosi się do wydarzeń aktualnych. Powieść czyta się błyskawicznie. Wracając do porównania z Testamentem, w recenzji którego narzekałem na słabsze niż zazwyczaj u Mroza dialogi, tym razem są one największą wartością. Można by zaryzykować stwierdzenie, że bez nich nie byłoby książki. Stanowią one lwią cześć tekstu, nadając niesamowitej dynamiki i bawiąc – momentami prawie do łez – czytelnika, który bezwiednie i niezauważalnie przewraca kolejne karty książki. Przez całą lekturę natrafiłem bodajże tylko na jeden fragment, kiedy skonstatowałem, że opis jest zdecydowanie przydługi.

Przeczytałem większość z trzydziestu książek, jakie dotychczas napisał Remigiusz Mróz, wydając pod własnym nazwiskiem bądź też pseudonimem. Poza rewelacyjnymi – inteligentnymi, zgrabnymi i zabawnymi – dialogami, o którym wspominam już w akapicie powyżej, mógłbym wymienić kilka charakterystycznych dla opolanina cech, wyróżniających jego powieści. Nie zrobię tego jednak, tylko wspomnę o jednej z nich, interesującej z punktu widzenia recenzowania Kontratypu. Mam na myśli wiarygodność, realizm, merytoryczne przygotowanie, którymi Mróz mi zawsze imponował. Tym razem, czytając o Chyłce wspinającej się na Annapurnę, przecierałem oczy ze zdziwienia i – co gorsza – ze zdumienia. Nie mogłem uwierzyć, że – szczególnie po wiarygodnej, świadczącej o sporej wiedzy o górach trylogii z Forstem (tak, wiem, że to już pentalogia) – autor tak beztrosko „zaszalał”, stawiając swój warsztatowy znak rozpoznawczy – rzetelność i fachowe rozeznanie – pod dużym znakiem zapytania.

Sprawą zauważalną i ciążącą są liczne odwołania. Pomimo że czytałem wszystkie wcześniejsze tomy serii, oczywiście na przestrzeni kilku już lat, to miałem znaczący problem z odszukaniem w pamięci postaci, które pobocznie przewinęły się w poprzednich częściach, a powróciły w Kontratypie. Co więcej, autor – słusznie bądź życzeniowo – założył, że wszyscy czytają jego powieści w kolejności, zaraz po premierze, i zapewne z tego powodu wplótł wątek odnoszący się do cyklu z Forstem. Niby nic konkretnego, lecz wspomniana sugerująca wzmianka sprawiła, że Zerwę czytał będę z mniejszym zainteresowaniem.

Podsumowując i nie zdradzając zbyt wiele, Remigiusz Mróz odszedł od koncepcji thrillera sądowego bądź prawniczego, jakimi były wcześniejsze książki z serii. Przygody Chyłki i Zordona ewoluują, tak jak zmienia się ich sytuacja osobista oraz relacje, które ich łączą. Po Mrozie można – w tym dobrym tego słowa znaczeniu – spodziewać się wszystkiego, zatem nie pokuszę się o przewidywanie czy kontynuacja będzie powrotem do korzeni serii, czy na dobre pójdzie w kierunku powieści sensacyjnej, przypominającej cykl z Wiktorem Forstem. Mam tylko nadzieję, że odkładając na półkę dziewiąty tom, będę mógł powiedzieć, że Remigiusz Mróz – w przenośni i nie – zszedł z Himalajów na „ziemię”, wracając tym samym do swojej najwyższej formy. Bo do tego, że taki się ukaże i po niego sięgnę, nie mam żadnych wątpliwości.

Nasza recenzja Oskarżenia Remigiusza Mroza
Nasza recenzja Testamentu Remigiusza Mroza

Źródło okładki: Wydawnictwo Czwarta Strona