Tajemnice sprzed lat

Zarzekałem się, że szybko nie sięgnę po kolejną książkę Remigiusza Mroza, bowiem jego ostatnie powieści, które czytałem, mocno mnie rozczarowały. I tak było przez kolejnych kilka miesięcy. Aż w końcu wpadły mi w ręce Listy zza grobu. Wcale nie od razu zabrałem się za ich lekturę, lecz kiedy to już zrobiłem, przeczytałem je jednym tchem.

Seweryn Zaorski po ponad dwóch dekadach wraca do rodzinnych Żeromic. Zniknął z dnia na dzień po maturze, a teraz niespodziewanie wrócił, by pokierować nowo utworzonym laboratorium miejscowego szpitala. Patomorfolog to człowiek po przejściach, samotnie wychowujący dwie córeczki, Adę i Lidkę. W niewielkim, siedmiotysięcznym miasteczku zamieszkał w domu, który kupił od dawnych przyjaciół, Michała Ozgi, burmistrza Żeromic, i Kai Burzyńskiej, policjantki.

Podczas remontu w posadzce garażu rodzinnego domu Burzyńskich znajduje zamurowaną skrytkę, w której schowane były dyskietki. Seweryn podejrzewa, że mogą one mieć związek z ojcem Burzy, komendantem lokalnego komisariatu policji, który choć przed laty zginął w pożarze, to co roku, zawsze w ten sam, niezwiązany z niczym konkretnym, dzień, przesyła córce enigmatyczny list. Zaorski wbrew zaleceniom Michała nie wyrzuca dyskietek i kontaktuje się z Kają, która właśnie odebrała kolejny list. „Burza” podejrzewa, że tym razem ojciec ukrył w nim sekretny przekaz. Pierwsze spotkanie po ponad dwudziestu latach okaże się otwarciem nowego, zupełnie niespodziewanego, rozdziału ich znajomości. Sami nie spodziewają się, dokąd zaprowadzi ich odkrywanie kolejnych tajemnic.

Listy zza grobu sygnalizują powracającą wysoką formę pisarską Remigiusza Mroza. Czytając powieść, odniosłem wrażenie, że pisząc tę książkę, autor znowu dobrze się bawił. Ponownie, po dłuższej przerwie, można było poczuć charakterystyczny styl, którym pisarz zaskarbił sobie względy czytelników. Opowiedzianą przez niego historię czytałem – jak kiedyś – z wypiekami na twarzy, dając się porwać wciągającej fabule. Nie oderwałem się od powieści nawet na moment, odkładając lekturę dopiero po przeczytaniu ostatniego słowa. Duża w tym również zasługa pary głównych bohaterów, którzy przywołują na myśl inne znane postaci wykreowane przez autora we wcześniejszych jego książkach. To wcale nie zarzut, wręcz przeciwnie. Kaja i Seweryn budzą sympatię, a ich zagmatwana wspólna przeszłość i niespodziewane odnowienie znajomości po latach napędzają akcję równie mocno co zagadka.

Lecz niech nie zwiedzie was poprzedni akapit. Daleki jestem od bezwarunkowych zachwytów nad najnowszą powieścią Remigiusza Mroza. Daleko jej bowiem do tych, które podobały mi się najbardziej. Muszę wszakże przyznać, że Listami zza grabu przypomniał to, za co tak polubiłem jego książki. Tym czymś była lekkość narracji, zdominowanej przez dynamizujące dialogi. Być może nie były równie błyskotliwe jak w pierwszych tomach serii prawniczej, lecz ich bezwzględna dominacja nad opisami sprawiła, że powieść czytało się błyskawicznie. Tym, czego zabrakło, by móc powiedzieć, że Mróz wrócił do swojej szczytowej pisarskiej dyspozycji, było satysfakcjonujące zakończenie. To, które przynosi finał Listów zza grobu, było stosunkowo – jak na standardy, do których autor w większości przypadków przyzwyczaił swoich czytelników – po prostu słabe. Szkoda, bowiem jeszcze niedawno był to jeden ze znaków rozpoznawczych Mroza.

Pisarz w posłowiu, a wydawnictwo już na okładce, zapowiadają kontynuację przygód patomorfologa Seweryna Zaorskiego. Skłamałbym mówiąc, że nie jestem ciekawy, jak potoczą się jego dalsze losy. Jednocześnie wyrażam nadzieję, że Mróz zamieni ilość na jakość, które nie idą u niego ostatnimi czasy w parze, wkładając więcej literackiej pasji i staranności w skonstruowanie niewydumanego zakończenia, tak by stanowiło wisienkę na smakowitym kryminalnym torcie. Tego od niego oczekuję, wiedząc, że autora na to – o czym nas, czytelników, wielokrotnie przekonywał – najzwyczajniej stać.

Źródło okładki: Wydawnictwo Filia