Bez ładu, składu i smaku

Kręcąc się pomiędzy regałami ulubionej biblioteki, lubię zdjąć z półki przypadkową książkę zupełnie nieznanego mi autora ani tytułu. Często trafiam w ten sposób na godne uwagi pozycje, zastawiając się i nie dowierzając, jak mogłem ich wcześniej nie znać, bądź odkrywając przeoczony, zaskakująco udany debiut. Zdarza mi się również wziąć do ręki powieść zatrważająco słabą, którą, gdyby nie niniejsza strona, odłożyłbym po zaledwie kliku pierwszych stronach. O zgrozo!, tak właśnie było w przypadku Łowcy Smaku Urszuli Ziętek.

Garik Nadej, pochodzący z Armenii, lecz od dziecka mieszkający w Legionowie, dziennikarz „Na talerzu”, na suto zakrapianej imprezie daje się sprowokować nielubianemu koledze po fachu, Tomaszowi Opockiemu z gazety „Wokół stołu”, i podejmuje wyzwanie, jakim ma być wskazanie wszystkich składników tajemniczych potraw. Wydarzenie odbywa się w restauracji „Król kuchni” i jego oficjalna część kończy się po dwóch „rozszyfrowaniu” dwóch z trzech chińskich dań, kiedy Garik odgaduje ingrediencje, a Tomaszowi puszczają nerwy i rzuca się z pięściami na Garika. Krytycy kulinarni zostają szybko rozdzieleni, Opocki opuszcza salę, a zanim udaje się Nadej, coś wykrzykując.

Kiedy Garik wraca, w restauracji trwa bankiet, a uczestniczący w nim dziennikarze dziwią się, że Tomasz opuścił imprezę. Szybko oddają się jednak świętowaniu sukcesu tryumfującego krytyka kulinarnego i nieumiarkowanej konsumpcji, a kiedy właściciel restauracji proponuje degustację absyntu, który przechowuje w biurze, postanawiają spróbować i tego. Po przejściu do pomieszczenia, na podłodze odkrywają leżącego z nienaturalnie wygiętą głową mężczyznę. Garik najpierw sprawdza mu puls, nie wyczuwając go, a później odwraca ciało. Ofiarą okazuje się Opocki. Nadej widział denata jako ostatni i wykrzykiwał słowa, które obecni na sali zinterpretowali jako groźby, przez co szybko staje się głównym podejrzanym. Z ogarniającej go bezradności wyrywa Garika redakcyjna przyjaciółka, Sylwia Kotecka, namawiając do podjęcia własnego, dziennikarskiego śledztwa.

Urszula Ziętek umiejscowiła akcję swojej powieści w Legionowie. To niewielkie miasto w województwie mazowieckim jawi się w Łowcy smaku jako wielka metropolia. Autorka wciąż szafuje określeniami kreującymi Legionowo na miasto, jakim zapewne nie jest. Już na samym początku możemy się dowiedzieć, że kulinarny „pojedynek”, wynik pijackich przechwałek i przekomarzań dwóch lokalnych krytyków kulinarnych, to coś wiekopomnego, czym pasjonuje się nie tylko Legionowo, lecz i cały kraj. I tak: Jutro to wydarzenie będzie opisane we wszystkich gazetach i dziennikach. Główny bohater książki oraz feralnego spotkania raz: Nie chciał być wyśmiany przez większość gazet w mieście, innym razem przekonuje: Sam miałem nadzieje, że to będzie spokojny wieczór. Kilka bądź kilkanaście stron później jeden z biorących udział w imprezie dziennikarzy znowu peroruje: Jutro to wydarzenie będzie opisane we wszystkich gazetach. To powtórzenie – jedno z wielu notorycznie się pojawiających w tekście – to deklaracja dość odważna, biorąc pod uwagę, że wszyscy żurnaliści bawili się i pili aż alkoholu zaczęło brakować. Ci wszyscy, czyli około trzydziestu osób, jak się okazuje po chwili. Niewiele, jak na takie show, niewiele jak na „wszystkie gazety i dzienniki”.

Jakby tego było mało, to siedziba lokalnej gazety w openspejsie to istny korporacyjny „Mordor”, w którym aż tłoczno od ludzi i głośno od ich gwaru. A mogłoby się wydawać, że w przypuszczalnie niewielkiej małomiasteczkowej redakcji nie może pracować więcej niż kilka, maksymalnie kilkanaście osób. Rozumiem, że papier przyjmie wszystko, rozumiem, że można patrzeć na wszystko przez wyolbrzymiające rzeczywistość okulary, ale i w tym zapatrzeniu trzeba zachować umiar, by nie popaść w groteskę. To się autorce nie udało. Cóż, szkoda przede wszystkim Legionowa, bowiem nie ma o nim w Łowcy smaku nic, a jego książkowy wizerunek budzi jedynie politowanie i wywołuje uśmiech, na co miasto zapewne sobie nie zasłużyło, a zwyczajnie „oberwało” tą niewiarygodną książkową kreacją. Nic, tylko spuentować – megalomania i brak – objawiającej się w wielu miejscach – konsekwencji, wyrażone dość słabym, niepozbawionym zaskakujących błędów, językiem.

A zarzutów pod adresem autorki mam niestety więcej. Pierwsze akapity książki sugerują, że budzący się na kacu Garik, założył się ze swoim oponentem podczas wczorajszej imprezy, dlatego żałuje, że po alkoholu puszczają mu hamulce i daje się ponieść ułańskiej fantazji. Kilka rozdziałów okazuje się, że to nieprawda, bowiem imprezę i „pojedynek” dzieli tygodniowy odstęp. Samo śledztwo najlepiej scharakteryzować, przywołując pierwsze działania domorosłych detektywów – Sylwii i Garika. Dwoje redakcyjnych przyjaciół włamuje się do mieszkania ofiary, znajdując klucz w doniczce pod drzwiami. Czytałem z niedowierzaniem, które towarzyszyło mi od pierwszych do ostatnich stron powieści. Następujące po sobie książkowe wydarzenia – aż po rozczarowujący finał – określić można mianem kuriozalnych, co dotyczy zarówno działań dziennikarzy, jak i policji.

Akcja Łowcy smaku jest po prostu słaba i przewidywalna. Prostota zastosowanych rozwiązań bije się o prym z naiwnością, narracji brakuje lekkości i dynamiki. Główni bohaterowie są nijacy, a historia płytka. Książkę, pomimo niedużej objętości, czyta się nie tylko z trudem, lecz przede wszystkim irytująco długo, a lekturze towarzyszy nieustanne zdumienie.

Podsumowując, podzielę się dwoma nasuwającymi mi się spostrzeżeniami. Łowca smaku to świadectwo, że obecnie każdy może dzisiaj wydać książkę, choć wcale nie powinien, oraz iż to zadziwiające, jak można się rozpisać o tak miernej powieści. Dlatego kończąc, podsumuję ją możliwie krótko. Jedynym, co zapamiętam z tej ciężkostrawnej lektury, będą sugestywne opisy dań. Tego autorce nie mogę odmówić, tego tylko nie udało jej się popsuć. Jednak nabranie apetytu na chińszczyznę to o wiele za mało, by móc napisać o tej książce cokolwiek pozytywnego.

Źródło okładki: Wydawnictwo Manufaktura Słów