Kontekst zawładnął ryzykiem

Pewnie każdego bądź przynajmniej co drugiego książkowego blogera kusiło, żeby samemu zacząć pisać. Czy piszący – nawet najlepsze – recenzje bloger może przeistoczyć się w wartościowego pisarza? Czy lepiej poprzestać na ocenianiu innych, czy zaryzykować i samemu poddać się ocenie? Geir Tangen pisząc Maestra nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania, nie rozwiał wątpliwości, jakie towarzyszyły lekturze jego debiutanckiej powieści.

Autor akcję książki umiejscowił w Haugesund – niewielkim prowincjonalnym mieście na południu Norwegii, w którym sam mieszka. Główny bohater Maestra – Viljar Ravn Gudmundsson jest islandzkim dziennikarzem śledczym, pracującym w lokalnej gazecie „Haugesunds Avis”. Kiedyś odniósł wielki sukces, lecz od kilku lat jest zgorzkniałym, wypalonym człowiekiem ratującym się psychoterapią. Jego los jeszcze się pogarsza, kiedy na redakcyjną skrzynkę przychodzi list mordercy, który anonsuje swoje zbrodnie. Tak rozpoczynają  się – prowadzone równolegle – policyjne i dziennikarskie śledztwa, których stawką stanie się również życie dziennikarza.

Pierwszym zaskoczeniem, związanym z tym kryminałem, był fakt, że wydana zaledwie kilkanaście miesięcy temu książka ot tak po prostu leżała na półce w bibliotece i czekała aż ktoś w końcu się nią zainteresuje. Zazwyczaj, by wypożyczyć „świeży” skandynawski kryminał, trzeba czekać w długiej kolejce. To było symptomatyczne. Trafiło na mnie, i co zrozumiałe, wzbudziło moje zainteresowanie.

Starałem się, jak mogłem, lecz nie będę siebie i was oszukiwać, tylko otwarcie przyznam – chcąc nie chcąc oceniałem przez pryzmat bycia czy – właściwiej – raczkowania jako bloger. Tak to już jest, że kontekst narzuca nam odbiór, zmienia sposób postrzegania i ciężko od niego się odciąć czy oderwać. Ja wiem, że mnie się nie udało. Dla jasności dodam, że również z tego powodu oceniałem Geira Tangena blogera – nie pisarza.

Często, czy to w sporcie, czy też codziennym życiu zdarza się, że zespół jest lepszy niż suma wartości poszczególnych jego członków. Dzieje się również na odwrót i grupa wybitnych jednostek wcale nie tworzy znakomitej drużyny. Kiedy wspominam Maestra, to na myśl przychodzi mi ten drugi przypadek. W książce Geira Tangena mamy wszystko, co w kryminałach najlepsze – ciekawie zarysowaną fabułę, interesujące postacie, intrygujące morderstwa i suspens, powodujący, że Maestro do samego końca trzyma w napięciu. Niestety, doskonale składniki nie przełożyły się na porywającą powieść. Autor – znawca gatunku – wybrał i umieścił w swojej książce same kryminalne specjały. Pomimo to lekturze Maestra towarzyszyło odczucie sztuczności. Książce Tangena zabrakło polotu, czegoś, co charakteryzuje naturalny talent i odróżnia go od – nawet wybitnego, lecz jednak tylko – rzemieślnika czy naśladowcy. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oglądam obraz – dobrą kopię, a nie oryginał.

Moja ocena jest surowa, co nie zmienia faktu, że nie tylko doceniam odwagę Geira Tangena, który wydał Maestro własnym sumptem, lecz dostrzegam również obiektywną wartość książki. Zapewne doceniłbym bym ją bardziej, gdybym nie oceniał jej przez pryzmat blogerskich doświadczeń autora. Szczególnie, że to przecież debiut, dla których staram się być wyrozumiały. Stąd też, kiedy ukaże się polskie wydanie drugiej książki Norwega, to z ciekawości po nią sięgnę. Będę chciał się przekonać, czy zabawa konwencją oraz masowe wykorzystywanie motywów i schematów to był tylko niewysublimowany pomysł blogera, by spełnić swoje marzenia i zaistnieć jako pisarz, czy tez odważne wyjście z cienia zdolnego pisarza, który dotychczas dał się poznać jako uznany recenzent. Mam nadzieję, że następnym razem będę umiał wyjść poza nakreślony przez życie kontekst, a tym samym drugi tom czytać i recenzować, myśląc o jego autorze jako pisarzu z przeszłością blogera, a nie – „tylko” – blogerze, który napisał kolejną książkę.

Źródło okładki: Wydawnictwo Dolnośląskie