Nigdy nie jest za późno

Martwy sad to pierwsza książka Mieczysława Gorzki i jednocześnie pierwsza część cyklu Cienie przeszłości. To debiut bezpretensjonalny, w którym autor nie sili się na to, by jego powieść była czymś więcej niż tylko kryminałem. Za to bardzo dobrym kryminałem.

Wszyscy – poza najbliższą rodziną i mieszkańcami Szczepanowa, w którym wychował się Marcin Zakrzewski – są przekonani, że jest jedynakiem. To nieprawda. Komisarz policji miał brata bliźniaka, który zaginął kilkadziesiąt lat temu i nigdy nie został odnaleziony. Przypadkowa rozmowa z przyjaciółką sprawia, że postanawia wrócić do sprawy zaginięcia, zapoznać się z dokumentacją milicyjną.

To postanowienie zbiega się z tragicznymi wydarzeniami, które mają miejsce na wrocławskim osiedlu, gdzie w domu na skraju lasu mąż odkrywa zmasakrowane ciało swojej żony. Na miejsce zbrodni zostaje wezwany Zakrzewski, który na terenie posesji trafia na ukrywającego się w budynku gospodarczym mordercę. To spotkanie komisarz przypłaca niegroźnym skaleczeniem, ale to, co usłyszał z ust przestępcy nie da mu spokoju. Widziałem, jak diabeł chodził tam na palcach – te słowa wypowiedział jego brat, Rysiek, kilka dni przed swoim zaginięciem…

Siłą Martwego sadu są bohaterowie i historia. Postacie, którym przewodzi Zakrzewski, to zwykli ludzie. Mam, oczywiście, na myśli wszystkich poza ściganym mordercą. Autor oparł historię o losy niczym niewyróżniających się bohaterów, choć daleki jestem od tego, by napisać bezbarwnych. To ludzie, jakich każdy ma wokół siebie. Zna ich wady, zalety. Taki dobór osób sprawił, że powieść nie jest oderwana od rzeczywistości, a sama historia wydaje się być bardziej relacją faktycznych wydarzeń niż literacką fikcją. Autorowi udało się nie popaść w przesadę, podobnie jak uniknąć banału.

W książce Gorzki na próżno szukać fajerwerków. Fabuła Martwego sadu została dobrze nakreślona, a autor sprawie zawiązuje akcję. Można by się odrobinę przyczepić, że to dość naiwne, iż Zakrzewski najpierw przez długie lata nie wraca do przeszłości, choć jako policjant ma ku temu możliwości, a później skłania go do tego zwykła rozmowa na kacu, ale to w sumie jedyny zarzut, jaki można postawić Mieczysławowi Gorzce. O całej reszcie można mówić jedynie dobrze. Autor umiejętnie prowadzi czytelnika przez kolejne wydarzenia, odkrywając przed nim elementy składające się na intrygującą zagadkę. Wątek kryminalny, szczególnie z odniesieniami do przeszłości i historii, jest akuratny, ani zbyt skromny, ani zbyt rozbudowany.

Akcja debiutanckiej powieści Gorzki rozwija się miarowo i dynamicznie. Autor dobrze radzi sobie w przeplataniu różnych warstw książki, w tym we wplątywaniu w śledztwo nienachalnego wątku obyczajowego, którego – co nie może dziwić – bohaterem jest Zakrzewski. Mieczysław Gorzka nie przesadza z rezerwuarem kryminalnych atrybutów, za to korzysta z nich z, niespodziewanymi jak na debiut, wyczuciem i łatwością. Historia prowadzi do dość zaskakującego finału, który dobrze puentuje udany kryminał i nieśmiało zapowiada jego kontynuacje. I to o tym wspomnę na koniec niniejszej recenzji.

Zanim przeczytałem Martwy sad, ukazała się druga książka cyklu Cienie przeszłości, Iluzja, a w przygotowaniu jest kolejna powieść. Liczę, że kontynuacja mnie nie rozczaruje i zdążę ją przeczytać jeszcze przed premierą Totentanz. Zapowiada się naprawdę udana kryminalna seria.

Źródło okładki: Wydawnictwo Bukowy Las