Konwencja banału i krokodyle

Miasteczko Crimson Lake Candice Fox to powieść – wbrew krzykliwym blurbom – przeciętna. Pierwszy australijski kryminał, jaki przeczytałem, okazał się lekturą zaledwie poprawną i, niestety, przewidywalną. Książka Candice Fox to propozycja jedna z wielu, szczególnie tych, których nie pamięta się już na krótko po przeczytaniu.

Ted Conkaffey, były detektyw wydziału antynarkotykowego policji w Sydney, to wrak człowieka. Przypadek – znalezienie się w złym miejscu, w złym czasie – zdecydował, że przez uporządkowane życie trzydziestodziewięciolatka przeszło tornado. Został oskarżony o uprowadzenie i brutalny gwałt na trzynastoletniej Claire Bingley, wylądował w więzieniu, stracił rodzinę i pracę. Kiedy, z braku mocnych dowodów, oskarżenie zostało wycofane i wyszedł z aresztu, Ted ucieka przed problemami i nękającymi go mediami na północ Australii, do małego miasteczka Crimson Lake.

To właśnie tam odnajduje go jego adwokat i namawia – wręcz zmusza – do kontaktu z pewną kobietą. Okazuje się nią prywatna detektyw, Amanda Pharell. Kobieta, która tak, jak on jest skazana na społeczny ostracyzm. Skazana w przenośni i dosłownie, bowiem przed laty odsiedziała wyrok za brutalne zamordowanie swojej szkolnej koleżanki, Lauren Freeman.

Mimo początkowej niechęci, rodzi się między nimi sympatia, wsparta ciekawością i niedowierzaniem. Oboje interesują się swoimi – faktycznymi i domniemanymi – zbrodniami, jednocześnie prowadząc sprawę zaginięcia pisarza, Jake’a Scully’ego, na zlecenie zainteresowanej spadkiem żony, Stelli. Mała lokalna społeczność skrywa wiele tajemnic, lecz bardzo szybko odkrywa prawdziwą tożsamość Teda. Śledztwo dwójki, będących na życiowym zakręcie, partnerów nabiera rumieńców, nieoczekiwanie łącząc się z ich prywatnymi problemami.

Powieść Candince Fox zapowiada się interesująco, lecz finalnie niczym nie zachwyca. Intryga kryminalna trąci banalnością, a czytelnik w połowie książki orientuje się, do czego zmierza autorka. Zagadka jest nieskomplikowana, zbudowana na szablonowych filarach. Autorka nazbyt obudowuje intrygę zbędnymi wątkami, które mają podsycać zainteresowanie czytelnika, lecz robi to bez wprawy, jakby na siłę naśladowała bardziej doświadczonych i zręcznych pisarzy gatunku. Australijska pisarka przesadziła z obfitością zabiegów, co – jak mniemam – miało afiszować dojrzałość warsztatu. Nie udało się, bowiem w zestawieniu z banalnym i mało wiarygodnym zakończeniem, które pozostawia czytelnika z odczuciem niedosytu i rozczarowania, całość wypadła blado.

Miasteczko Crimson Lake to książka, którą czyta się trudno. Kolejne rozdziały przepełnione są bardzo długimi opisami, a te nie porywają ani lekkością, ani niespecjalnie ciekawią. Wręcz przeciwnie, nużą. Sytuacji nie ratują również dialogi, które u Candice Fox były tylko prostymi zdawkowymi wypowiedziami, nie nadającymi książce dynamiki bądź charakteru.

Książka Candince Fox pełna jest płytkich i stereotypowych postaci oraz wyeksploatowanych, konwencjonalnych pomysłów. Nawet połączenie dwojga specyficznych bohaterów nie jest nowatorskie, bowiem podobnych postaci i – tylko na pozór – wyjątkowych związków pojawiło się na przestrzeni ostatnich lat więcej. I choć to zaskakujące, to w tym zbiorze pełnym zgranych schematycznych motywów znalazła się perełka warta wspomnienia. Była nią Valerie Gratteur, anatomopatolog, która jako pierwsza rozpoznaje Teda, lecz zamiast niechęci, okazuje mu sympatię i wsparcie. Starsza kobieta to błyskotliwa postać, szkoda że zaledwie trzecioplanowa. I chyba tylko ją zapamiętam z lektury Miasteczka Crimson Lake.

Źródło okładki: Wydawnictwo Amber