Za dużo, za długo

Nie oceniaj książki po okładce – tak brzmi powszechnie znane i używane przecież nie tylko w kontekście literackim powiedzenie. Powinno funkcjonować i inne – nie daj się zwieść poetyckiemu tytułowi. Będę o tym pamiętał, kiedy będzie mnie kusiło, by to intrygujący tytuł sprawił, po jaką książkę sięgnę. Może się bowiem okazać, że wszystko, co w niej najlepsze ogniskuje w tej frazie. Tylko i wyłącznie w niej. Jak w przypadku Między tęsknotą lata a chłodem zimy Leifa GW Perssona.

Z piętnastego piętra jednego ze sztokholmskich domów studenckich wypadł i zginał na miejscu amerykański obywatel. Co zadziwiające, kilka-kilkanaście sekund po ciele, na chodzik spadł ciężki wojskowy but ofiary. John P. Krassner, mężczyzna po trzydziestce, był tajemniczą postacią, przebywał w Szwecji od kilku tygodni, nie podejmując studiów ani nie integrując się z innymi mieszkańcami akademika. Policja rozpoczyna śledztwo, choć część policjantów nie jest przesadnie zaangażowana w sprawę, z ulgą przyjmując najbardziej oczywistą wersję wydarzeń – samobójstwo.

Między tęsknotą lata a chłodem zimy to dość dziwna książka. Została wydana w 2002 roku, lecz próżno w niej szukać informacji wprost, kiedy mają miejsce książkowe wydarzenia. Pada w kilku miejscach data 1995 rok, lecz odnosi się do wydarzeń trzydzieści lat po 1955, więc podejrzewam, że to zwykły błąd. Tym, co pozwala precyzyjnie umiejscowić w czasie akcję powieści, jest informacja sportowa o pojedynku w męskim finale tenisowego turnieju Australian Open, która wskazuje na rok 1985. Dzieje się to już znacznie po połowie powieści, a potwierdza pod jej sam koniec, kiedy dochodzi do kolejnego mającego swoje odniesienie w historii wydarzenia. To dość dziwne, bowiem autor używa dat, określających i sytuujących wydarzenia w czasie, składających się ze wskazania konkretnego dnia i miesiąca. Brakuje zatem tylko i aż – najważniejszego w tym kontekście – roku. Brak tak ważnej informacji ciążył na odbiorze tej powieści. Pominięcie precyzyjnego określenia czasu jest akceptowalne i zrozumiałe tylko wtedy, kiedy czas akcji pokrywa się bądź co najmniej koresponduje z czasem rzeczywistym, w którym powieść powstawała. W każdym innym przypadku to dla mnie poważny błąd i wada.

A wad jest w Między tęsknotą lata a chłodem zimy, niestety, więcej. Książka liczy co najmniej paręset stron, by nie rzec połowę, za dużo. Za dużo jest przepastnych opisów, nużących, nic nie wnoszących, zabijających akcję, rytm, ochotę do przewracania kolejnych kart. Co więcej sąsiadują one z czymś, co nieśmiało nazwę, liczącymi sobie czasem tylko jeden krótki akapit, podrozdziałami. Zbyt wielu jest bohaterów, z perspektywy których śledzimy –  czasem krzyżowo – wydarzenia, a charakteryzuje ich głównie zazwyczaj większa bądź mniejsza niegodziwość, a w najlepszym wypadku nieudolność. Irytująca jest również maniera, polegająca na tym, że każdy z owych bohaterów komentuje w duchu to, co się właśnie wydarzyło.

Między tęsknotą lata a chłodem zimy otwiera trylogię określaną jako policyjna, jak i tytułowaną Upadek państwa dobrobytu. Leif GW Persson nawiązuje do prawdziwego wydarzenia, które odcisnęło piętno na szwedzkim społeczeństwie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Można odnieść wrażenie, że pisząc tę powieść, nie mógł zdecydować, czy chce napisać powieść czy stworzyć dokument. Połączenie kryminału i poszukiwania odpowiedzi na dręczące Szwecję pytania wyszło nieudolnie. Nie przekonało, jakbym do niego nie podchodził i go nie interpretował.

Powieści Leifa GW Perssona brakuje kręgosłupa, osi, wokół której skupiałyby się książkowe wydarzenia. Wydawać by się mogło, że jest nią zagadkowe morderstwo, lecz tylko z pozoru. I tak przez długi czas jest to dość osobliwie – o czym już wspomniałem – napisany kryminał, który zupełnie nagle, bez jakiegokolwiek uzasadnienia bądź wyjaśnienia przeistacza się w powieść szpiegowsko-polityczną. Za dużo w tej lekturze wątków, za dużo historii, zarówno szeregu postaci, jak i tych tworzących szkielet fabuły sensu stricto. Niby finalnie autor doprowadza do rozwiązania, w którym splatają się one w pewną wyłaniającą się całość, lecz po walce ze zniechęceniem, towarzyszącym czytaniu, to przede wszystkim upragniony koniec, skutkujący odłożeniem – z niewymowną ulgą – książki na półkę, a nie wyczekiwane rozwikłanie intrygi. Biorąc pod uwagę, że to pierwsza cześć trylogii, niespodziewane pytanie o kolejne dwa tomy można potraktować – z powątpiewaniem i zdumieniem – jako retoryczne.

Źródło okładki: Wydawnictwo Czarna Owca