Stepy, ptaki, ekstradycja

Miłość leczy rany rozpoczyna nowy cykl powieści Katarzyny Bondy. Zgodnie z okładkową informacją kryminalną serię, choć w mojej opinii daleką od tej zapowiedzi. Ta powieść przypomniała mi misternie skonstruowanego i monstrualne rozbudowanego Okularnika. Ponownie odniosłem wrażenie, że tę książkę autorka napisała dla siebie, nie czytelników. I znowu żałowałem, że dałem się uwieść pisarce.

Antonina Petry rozstaje się ze swoim wieloletnim parterem, Igorem, a właściwie Kerejem, ukrywającym się w Polsce Kazachem, poszukiwanym listem gończym za zbrodnie popełnione przed laty w Uralsku. Niedługo potem odwiedza ją ich wspólny przyjaciel, Roman Grajek, nazywany Romeem. Informuje Tosię, że Kerej zgłosił się na komisariat policji i rozpoczęła się procedura ekstradycyjna. Petry postanawia zawalczyć o Kereja, co zaprowadzi ją w zupełnie obcy i niezrozumiały świat kazachskich miast i stepów.

Miłość leczy rany to książka, którą ciężko utrzymać w ręce, powieść, przez której ponad siedemset stron ciężko przebrnąć. To wprost zadziwiające, że historii przepełnionej wydarzeniami zwyczajnie brakuje dynamiki. Zabijają ją długie opisy. Za długie, często nic nie wnoszące, a te wypełnione przez baśniowe wizje i zdarzenia sprawiają, że książka staje się trudna do określenia, zaszeregowania. Z pewnością jednak nie jest to kryminał. I to nawet biorąc pod uwagę fakt, że pojemność tego terminu mocno się w ostatnim czasie powiększyła. I choć wiem, że zabrzmi to kuriozalnie, to napiszę o swoim pierwszym skojarzeniu, jakie doświadczyłem podczas lektury, od razu uprzedzając, że mam ograniczone horyzonty, nie będąc ani miłośnikiem, ani czytelnikiem baśniowo-sensacyjnej fantastyki. Nie przyszła mi zatem na myśl żadna książka, lecz film. Osobliwe dzieło polskiej kinematografii schyłku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, które zasłużyło sobie – nie wiedząc czemu – na miano kultowego. Tak, zdaję sobie sprawę, że to zdumiewające, iż tym filmem była Klątwa doliny węży. Nie umiem tego wyjaśnić, ot takie wrażenie. A wracając do meritum, to podsumuję tylko, że dla mnie nie jest to opowieść ani o miłości, ani kryminał. To książka o fragmencie trudnej historii Kazachstanu, o Kazachach, ich wierzeniach i zwyczajach oraz naznaczonych nimi losów poszczególnych ludzi.

Odkładając – z ulgą ze względu na wagę książki i, niestety, znudzenie i rozczarowanie – nie dowierzałem, że można stworzyć historię, dla której siedemset stron to mało, tylko po to, by jej finał zmieścić na zaledwie kilku. O zgrozo!, robiąc to w – zupełnie niepasującym ani do tej opowieści – iście hollywoodzkim stylu. Co więcej, to nie dość, że to niespodziewanie zakończenie prawie nic nie tłumaczy, to dodatkowo wcale nie zwiastuje zapowiedzianej kontynuacji. Mają się ukazać kolejne dwa tomy, a historia wydaje się być zamknięta. Jestem przekonany, że pisarka wie, co robi. Jednak nie jestem ciekawy efektów, szkoda czasu na tak puentowane opowieści, szkoda – zwyczajne – nadgarstków.

Pamiętam, za co pokochałem kryminały spod pióra Agathy Christie. Tym czymś była nie sama umiejętność opowiedzenia intrygującej czytelnika historii, lecz przede wszystkim zdolność do jego wiarygodnego i logicznego wyjaśnienia, stanowiącego klamrę zamykającą, konstytuującą wręcz, historię. I Bonda, co pamiętam z jej pierwszych kilku książek, wcześniej to potrafiła. Później, w drugim cyklu, tym o Saszy Załuskiej, jakby o tym zaczęła zapominać, zatraciła tę, będącą Świętym Graalem kryminału, umiejętność, stawiając ponad nią coraz bardziej rozbudowaną – momentami aż do przesady – treść, a obecnie – o czym świadczy Miłość leczy rany – i formę. Wplatana baśniowość to novum w warsztacie pisarki. Z pewnością Katarzyna Bonda mnie tym zaskoczyła. Trudno jej jednak będzie konkurować z braćmi Grimm, trudno będzie nie popaść w groteskę, określając takie powieści kryminalnymi.

Zdaję sobie sprawę, że napisanie takiej książki było bardzo wymagające, żmudne i czasochłonne. Doceniam to, jak wiele dowiedziałem się o nieznanej mi kulturze, mentalności Kazachów. Pisarka w posłowiu tłumaczy, czym była dla niej ta książka, jak długi i wyboisty był proces twórczy. Trudno się do tego odnieść, tym bardziej komentować aurę tajemniczości i zagrożenie, jakie mu towarzyszyło. Pamiętając jednak o zamiłowaniu autorki do drobiazgowego przygotowania, rzetelność, której nie podważają wytykane przeze mnie przy innej okazji drobne błędy, daję wiarę, że tak było. Żałuję wszakże, że nie uchyliła rąbka tajemnicy, dlaczego tak się stało, czego się bała – co istotne – nie w Kazachstanie, lecz w Polsce. Wierzę, że zwyczajnie nie mogła, chroniąc swoich informatorów i siebie.

Katarzyna Bonda napisała książkę, jaką chciała bądź mogła napisać. Zarysowała losy ludzi, które – jak sama wielokrotnie z kart książki uprzedza – ciężko oceniać z perspektywy zupełniej innej kultury. I gdyby nie zapowiedź, że ma to być kolejny kryminał, to zapewne inne byłoby moje podejście do tej książki, jej odbiór i końcowa ocena. Ta wzmianka była zupełnie zbędna, lecz narzuciła pewien kontekst. Podobnie jak wielkości czcionki, jaką zostało wydrukowane – dominujące nad okładką – nazwisko autorki. Trudno nie odnieść wrażenia, że było ważniejsze niż wszystko inne.

Źródło okładki: Wydawnictwo MUZA SA