Gra niebezpieczeństw

W moim kryminalnym książkowym świecie działo się ostatnio źle. Odczuwałem przesyt i bezsilność. Niemoc była niespodziewana i na długie dwa miesiące zawładnęła chęcią sięgnięcia po kryminał, o pisaniu nawet nie wspominając. Zastanawiałem się, co może ją przezwyciężyć. Od razu na myśl przyszli ulubieni autorzy – Remigiusz Mróz i Paulina Świst. Niestety, ostatnią przeczytaną książką była rozczarowująca powieść opolanina, a Świst nie wydała nic nowego. Z odsieczą przyszło mi Wydawnictwo Kobiece, które – niczego nieświadome – zaproponowało przedpremierową lekturę debiutanckiej powieści Emilii Wituszyńskiej, Niebezpiecznej gry. Książkę zapowiadano, porównując ją do twórczości Świst. Choć – co wielokrotnie podkreślałem – bywam ostrożny i sceptyczny w odniesieniu do blurbów, tym razem dałem się skusić.

Komisarz Weronika Kardasz zatraca się w samotności i alkoholu, prowadzących do samozagłady. Popchnęły ją do tego tragiczne wydarzenia, które zachwiały jej zawodowym i osobistym życiem. Do żywych – ciałem i duchem – ma ją przywrócić nietypowe zadanie, które zleca jej komendant nadkomisarz Ryszard Bąk, jej przyjaciel i przełożony. Znaleziono zwłoki kandydata na premiera, a Weronika ma podjąć się całodobowej ochrony jedynego świadka, który – choć nie pamięta, co się wydarzyło – czuje się zagrożony. Sprawa nie może się wydać, dlatego Kardasz ma udawać dziewczynę Przemysława Reja, znanego aktora i celebryty.

Wspólne, na potrzeby ochrony i uwiarygodnienia legendy, życie będzie dla obojga nieustającą walką – wbrew temu, czego i oni, i czytelnik może się spodziewać – nie z potencjalnym zagrożeniem, lecz przede wszystkim z samymi sobą i z sobą nawzajem. Tytułowa niebezpieczna gra zaskoczy ich oboje, odkrywając przed nimi kolejne tajemnice skrywane przez nich samych i ich groźnych adwersarzy. Odkrywanie prawdy zaprowadzi ich w nieznane miejsca, doprowadzi do momentów, których nadejścia nigdy się nie spodziewali.

Niebezpieczna gra, choć to wcale nie znajduję odzwierciedlenia w strukturze książki, to powieść składająca się z dwóch części. Pierwsza to opowieść w głównej mierze obyczajowa, mówiąca o trudnej relacji dwójki pochodzących z diametralnie różnych światów ludzi, których połączył – jakby kpiący z nich –  los, druga natomiast jest zdecydowanie bardziej sensacyjna. Obie znacząco się różnią, mając odmiennie rozłożone akcenty, jednak – co warto podkreślić – autorka płynnie przechodzi z jednej w drugą. Powieść czyta się łatwo, Wituszyńska jedynie momentami gubi się w dobrze poprowadzonej narracji. Te nieliczne drobne zacięcia tylko na chwilę wybijają z rytmu czytania, niejako przypominając, że to pisarski debiut.

Powieść Wituszyńskiej to historia do przeczytania w jedno popołudnie, zgrabnie opowiedziana, dynamiczna, co jest zasługą niezłego pióra autorki oraz podziału książki na kilkadziesiąt krótkich rozdziałów. Oczywiście, oczekując krwistego rasowego kryminału, rozczarowanie czytelnika będzie nieuniknione. Podchodząc wszakże do Niebezpiecznej gry jak do lekkiej, niepozbawionej uroku, opowieści obliczonej na nieprzytłaczającą czytelniczą rozrywkę, o zawodzie nie może być jednak mowy. Autorka z tak postawionego zadania wywiązuje się bardzo przyzwoicie, zamieniając czytelnikowi trzy godziny w przyjemną, upływającą w mgnieniu oka, chwilę w świecie literackiej fikcji.

Emilia Wituszyńska to nie jest nowa Paulina Świst, choć jej powieść faktycznie przypomina te spod pióra uznanej autorki. Trzeba jednać postawić sprawę jasno i napisać, że czytając niektóre fragmenty Niebezpiecznej gry, dało się odczuć delikatną sztuczność, której brak w książkach Świst. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że pewne frazy wybrzmiewają jak grzeczny uczeń, który próbuje zaimponować podwórkowym chuliganom. Niby przeklina, niby spluwa przed siebie z pogardą, lecz z daleka widać, że to tylko – całkiem dobrze wystudiowana w tym przypadku – poza, a nie naturalne środowisko i nawet najpopularniejsze słowo na „ch” pozbawione jest definiującej go ordynarności i zalatuje nutką fałszu wymieszanego z odrobiną niepewności, zawstydzenia i zażenowania. Tak się – motyla noga! – nie przeklina. Ani w życiu, ani w kryminale. Co nie zmienia faktu, że lektura debiutanckiej powieści Wituszyńskiej to – czytając powściągliwie z oczekiwaniami – całkiem udana propozycja. Autorka bez większych kompleksów powinna – kolejnymi książkami – pracować na własne nazwisko, nie licząc na odniesienia i porównania do innych pisarek czy pisarzy. I bez tego powinna się obronić.

Dziękujemy Wydawnictwu Kobiecemu za udostępnienie egzemplarza powieści do recenzji
Źródło okładki: Wydawnictwo Kobiece