Kiedy nic nie znaczysz

W Pchle Anny Potyry jest wszystko, czego można spodziewać się po kryminale. Jest więc policjant z traumatyczną przeszłością, jest pojawiająca się znikąd piękna kobieta, jest też pościg za mordercą. Czytaniu towarzyszy złudne przekonanie, że odkryło się tajemnicę. Okazuje się, że to jedynie wyrafinowane wyzwanie rzucone czytelnikowi przez pisarkę, która zaprasza go do literackiej, tylko z pozoru przewidywalnej, gry. A kiedy ten da się wciągnąć, nie sposób oderwać mu się od historii opowiedzianej w, niespodziewanie jak na debiut, dojrzały i przemyślany sposób. Opisanej starannym – lecz wcale nie nudnym – językiem. Anna Potyra to postać, która Pchłą bezceremonialnie wkracza na kryminalną scenę polskiej literatury, nie mając w sobie nic z zawstydzonego i niepewnego swoich umiejętności debiutanta.

W wigilię Bożego Narodzenia, w przeddzień ślubu, młodą warszawiankę Martę ogarnia przedślubna panika. Nic nie jest tak, jak sobie wymarzyła. Nie może się dodzwonić do swojego narzeczonego Łukasza, a przygotowania rozczarowują. Kiedy przychodzi wiadomość, długo nie może zrozumieć, co tak naprawdę zobaczyła. Ktoś z telefonu narzeczonego wysłał jej zdjęcie, na którym Łukasz leży na podłodze we krwi.

W tym samym czasie komisarzowi Adamowi Lorenzowi telefon przerwał trening bokserski. Dzwonił Paweł Lesicki, naczelnik stołecznego Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji, by poinformować go o znalezieniu zwłok mężczyzny. Na polecenie szefa Lorenz, będący pomimo młodego wieku legendą warszawskiej policji, obejmuje śledztwo. W znalezieniu mordercy ma mu pomóc profilerka Iza Rawska, którą pozna dopiero na miejscu zbrodni.

Pchła to kryminalny debiut pisarki. Zaskakujący, bowiem zupełnie pozbawiony mankamentów charakterystycznych dla debiutantów. Autorka wabi czytelnika historią, która swoje źródło ma w ogarniętej Powstaniem Warszawskim stolicy. Opowieść zwodzi czytelnika. Autora nie przesadza z suspensem, a zwroty akcji stosuje z wyczuciem i miejsca, i czasu. Fabuła nie jest przesadnie rozbudowana, a intryga kryminalna interesująca i zaskakująca. Anna Potyra, z wyczuciem godnym doświadczonego pisarza, wyjątkowo sprawnie dyktuje tempo rozwoju wydarzeń i buduje narastające napięcie.

Autorka ani przez moment nie gubi się w narracji, jak po sznurku prowadząc czytelnika do finału powieści, w którym logicznie i wiarygodnie wyjaśnia zagadkę. A jakby tego było mało, to – zupełnie przy okazji – opisywania książkowych wydarzeń podsuwa mu ciekawe spostrzeżenia, konstatacje rzeczywistości i ludzkich zachowań. Robi to nienachalnie, pisząc bezbłędnym i niezmanierowanym językiem, który czyta się z przyjemnością.

Obok wymienionych w poprzednich akapitach zalet książki warto wspomnieć o jeszcze jednej, zasygnalizowanej przeze mnie we wstępie niniejszej recenzji. Kiedy czytelnik rozpoczyna lekturę Pchły może ulec mylnemu wrażeniu, że główny bohater czy przebieg śledztwa są typowe i niczym go nie zaskoczą. Wraz z rozwojem akcji czytający przekonuje się, że dał się nabrać, bowiem ani losy postaci, ani następujące wydarzenia nie są tak oczywiste i spodziewane, jak – ulegając manipulacji autorki – odbiorca mógł oczekiwać. Patrząc na tę powieść jak na zbiór wielu elementów decydujących o jej końcowej ocenie, podejrzewam, że było to świadome posunięcie pisarki, nie – szczęśliwy! – przypadek.

Rzadko przydarza się okazja, by przeczytać książkę, w której nic nie przeszkadza. Jeszcze rzadziej trafia do nas – czytelników – spełniający takie wymagania debiut. Anna Potyra udowadnia Pchłą, że warto sięgać po nieznanych bądź debiutujących autorów, bowiem szukając nie tylko pośród tytułów pisarzy o ugruntowanej pozycji, można trafić na naprawdę udane lektury. A frajda, nie tylko z przeczytania dobrej powieści, lecz i odkrycia ciekawego „nazwiska”, warta jest zachodu i podjęcia literackiego ryzyka.

Dziękujemy Wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza powieści do recenzji

Źródło okładki: Wydawnictwo Zysk i S-ka