Ścigając i będąc ściganym

W jednej z wcześniejszych recenzji wspomniałem, że zanim zacząłem je pisać, to bezbarwną, nijaką lekturę rzucałem w kąt już po kilkudziesięciu stronach i brałem do ręki kolejną książkę. Pustkowia Arnego Dahla stanowczo kładą kres takiemu podejściu. Ten szwedzki kryminał ma ociężały – by nie rzec odrzucający – początek, lecz później żwawo się rozkręca, stając się interesującą powieścią. Jak to w życiu bywa, czasami nie warto dawać szansy. Są również chwile, że wykazanie się cierpliwością popłaca. Tak stało się w tym przypadku.

Sztokholmska policja dokonuje przeszukania domu w Märsta. Inspektor kryminalny Sam Berger spodziewa się, że uda mu się odnaleźć i uratować zaginioną przed trzema tygodniami piętnastolatkę Ellen Savinger. Detektyw, wbrew woli szefostwa i przekonania współpracowników, wierzy, że za sprawą tajemniczego porwania kryje się coś bardziej przerażającego. Pomimo niebezpiecznej i szeroko zakrojonej policyjnej akcji, na miejscu nie znajduje jednak dowodów na poparcie swoje hipotezy.

Niemrawe i nieskuteczne śledztwo nabiera tempa dopiero wtedy, kiedy Sam trafia na trop tajemniczej kobiety. Los krzyżuje jego drogi z detektyw Molly Blom, a dochodzenie zaczyna łączyć się z wydarzeniami z ich odległej przeszłości. Skazana na siebie para śledczych rozpocznie niebezpieczną walkę o przetrwanie i powstrzymanie niebezpiecznego oraz niezrównoważonego mordercy.

Jak już napisałem we wstępie, akcja książki rozwija się powoli, wystawiając czytelnika na próbę, czy starczy mu cierpliwości, by nie zniechęcić się do czytania, zanim wydarzenia przyspieszą i staną się interesujące. Kiedy to już nastąpi, powieść się rozkręca, odkrywając kolejne tajemnice łączące historię sprzed lat z teraźniejszością, przeszłość z obecnymi losami głównych bohaterów. Same postaci to jednak osoby bez specjalnego wyrazu. Tradycyjnie, jak to bywa w kryminale, kryją w sobie traumę, a przed zupełną sztampowością ratuje ich pasja Bergera, jaką są stare zegarki mechaniczne.

Powieść Arnego Dahla miała w sobie spory potencjał. Autor skonstruował pomysłową i tajemniczą intrygę, wprawnie wkomponowując w nią ciekawy motyw zegarków. Można tylko żałować, że sama historia została opowiedziana w niespecjalny sposób. Język, jakim została napisana, był nieprzystępny, co powodowało, że momentami przekaz jawił się niejasno i niezrozumiale. Zdarzało mi się, że musiałem czytać cały akapit ponownie, by zrozumieć sens, jaki przyświecał piszącemu go autorowi. Szkoda, bo wymyślna fabuła zasługiwała na zdecydowanie lepszą pisarsko oprawę. Opowieść, pełna napięcia i tajemniczości, powinna być – również ze względu na nieprzesadną objętość – lekturą, która pochłania bez reszty, i którą czyta się jednym tchem. Niestety, przyciężki język narracji sprawił, że choć Pustkowia to książka interesująca, to jednocześnie wymagająca od czytającego wielu wysiłku wkładanego w przewracanie kolejnych kartek powieści.

Podobnie, jak w recenzowanym niedawno przeze mnie duńskim kryminale Zanim zawisły psy Jensa Henrika Jensena, również w Pustkowiach zabrakło przypisów z tłumaczeniem anglojęzycznych fraz. Dwie książki, dwa różne polskie wydawnictwa, to samo „skandynawskie” podejście uznające tłumaczenie za zbędne. A skoro jesteśmy przy temacie redakcji, to wspomnę o jeszcze jednej kwestii – tym razem językowej, rzucającej się w oczy. Na kartach powieści pojawia się często powtarzana fraza „maleńkie kółko zamachowe”. Chciałem postawić i pozostawić was z retorycznym pytaniem, czy kółko – zdrobniale koło – może być wielkie?

W oderwaniu od zasadniczej części recenzji chciałbym podzielić się jeszcze jednym spostrzeżeniem. Pustkowia to trzecia w ostatnim czasie książka wydana przez Wydawnictwo Czarna Owca, jaką czytałem, a której okładkę zdobi pusta łódka na szarym, niewyraźnym tle. Pozostałe dwa przypadki to Eremita Thomala Rydahla i Niespokojni zmarli Simona Becketta. Ciekawy jestem, czy to przypadek, i czy jest takich pozycji więcej?

Źródło okładki: Wydawnictwo Czarna Owca