Zabójstwo i konwenanse

Rozdarta zasłona to drugi z trzech tomów serii kryminalnej o profesorowej Szczupaczyńskiej napisanej przez Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, kryjących się pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa. To książka niełatwa w odbiorze, której przeczytanie wymaga nie lada wytrwałości.

Wielkanoc roku 1895 nie przebiegnie w domu profesorstwa Szczupaczyńskich tak, jakby stateczna krakowska rodzina tego oczekiwała. Karolcia, młodsza służąca, niespodziewanie złoży wymówienie, a zaledwie kilka dni później do drzwi zapuka policja. Na nadwiślańskiej plaży, nieopodal willi Rożnowskich, zostaje znalezione ciało młodej kobiety. Dochodzenie rozpoczyna komisarz Stanisław Jednoróg, a i Zofia Szczupaczyńska będzie analizować docierające do niej informacje, włączając się po cichu i z początku dość nieśmiało w śledztwo. Jego wyniki wstrząsną nie tylko zacnym galicyjskim domem…

Zacznę od końca, bowiem tym, co w tej powieści najlepsze, jest zakończenie. Autorzy udanie spuentowali historię, samą w sobie i być może urokliwą, lecz i prostą, która gdyby nie dygresje i przepastne opisy wszystkiego, co możliwe, sprowadziłaby się do materiału co najwyżej na nowelkę. Mało jest w niej finezji, mało faktycznej dedukcji. Bronią jej przenikające się, niejako z urzędu przynależna opowieści sprzed ponad wieku, tajemniczość i literacka konwencja, malująca dziewiętnastowieczny Kraków, nie stroniąc od ironii.

Dehnel i Tarczyński podzielili powieść na dwie części. I tylko moja wytrwałość spowodowała, że mogę napisać kolejne zdania, bowiem, gdyby nie ona, nie przebrnąłbym przez pierwszą część, przepełnioną treścią spychającą wątek kryminalny nie na drugi czy trzeci plan, tylko jeszcze gdzieś dalej, a być możne nawet „poza Planty”, co w przeświadczeniu profesora Ignacego Szczupaczyńskiego jawiło się być czymś wprost niewyobrażalnym. O rozwoju akcji trudno wspominać, bowiem ta nabiera rumieńców dopiero znacznie później.

Nie sposób odmówić autorom staranności, wręcz pietyzmu, z jaką podeszli to pisania tej powieści. Niestety, to co w zamiarze miało przesądzać o wartości i sukcesie książki, stało się również jej przekleństwem. Wykreowany przez pisarzy świat, wyobrażenie czy odwzorowanie tego sprzed 125 lat, jednocześnie zaciekawia i odrzuca. Zaciekawia, bo zadbano o każdy, najmniejszy nawet, szczegół. Odrzuca, bowiem zrobiono to bez zachowania jakiegokolwiek umiaru. Długimi fragmentami to książka drobiazgowo traktująca o życiu i zwyczajach krakowskiej socjety schyłku dziewiętnastego wieku. A gdyby tego było mało, to napisana z manierą i emfazą, językiem stylizowanym na taki, jakim wówczas się posługiwano, co można porównać do tłustej pieczeni podlanej jeszcze cięższym sosem. Niestrawność nieunikniona. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Dehnel i Tarczyński zrobili wszystko, by – jak podejrzewam – gloryfikować idylliczny Kraków, niestety, niezamierzenie wystawiając go na pośmiewisko.

Nie chcąc, by poprzednia fraza wybrzmiewała bez końca, podsumowując Rozdartą zasłonę, pokuszę się o napisanie jeszcze jednego akapitu. Książka fikcyjnej Maryli Szymiczkowej to pozycja nie dla każdego. To powieść, którą można by niespiesznie smakować, popijając popołudniową kawę w „U Noworola”; uśmiechać się pod nosem, śledząc momentami zabawne i zawsze nadmiernie gustownie opowiedziane perypetie aspirującej do elity Krakowa pani profesorowej. W tej roli sprawdziłaby się doskonale, wpisując się w historyczną i – przede wszystkim – nostalgiczną atmosferę tego – a jakże, zapożyczę określenie od autorów – „starożytnego” krakowskiego lokalu. Komuś, kto nie wie, o czym piszę, bądź komu taka forma i miejsce spędzania czasu nie odpowiada, temu może i nie przypaść do gustu historia Szymiczkowej.

Źródło okładki: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak