Torfowiska tajemnic

Gatunek literacki, w który uogólniając wpisują się zarówno kryminały, jak i thrillery, przeżywa obecnie prawdziwy rozkwit. Nieśmiało rozpoczął się on kilkanaście lat temu, a dopiero teraz obserwować można jego intensyfikację. Obecnie trudno zliczyć wszystkie polskie, o światowych nawet nie wspominając, premiery, których z każdym rokiem jest coraz więcej. W tym natłoku nowości warto czasem sięgnąć po książkę, która już swoje odleżała na półce, i sprawdzić, czy lektura autorstwa uznanego autora wytrzymała próbę czasu. Tak postanowiłem zrobić z Sacrifice, debiutem Sharon Bolton.

Główna bohaterka i narratorka powieści to Tora Hamilton, młoda lekarka, która przed kilkoma miesiącami przeprowadziła się wraz mężem z Londynu na Wyspy Szetlandzkie. Pewnego dnia, pod nieobecność małżonka, decyduje się pochować na przylegającej do domu posesji ukochanego konia, który zdechł. Kopiąc, w torfowisku odkrywa w ziemi pogrzebane zwłoki kobiety. Po przyjeździe służb okazuje się, że ciało zachowało się w doskonałym stanie, lecz bardziej szokującym jest fakt, że ktoś wyciął kobiecie serce, a na plecach wyrył znaki będące nordyckimi runami. Policja wszczyna śledztwo, lecz od samego początku Tora ma przeświadczenie, że nikomu na Szetlandach nie zależy na rozwiązaniu sprawy zagadkowej śmierci. Nie bacząc na subtelne sugestie i ostrzeżenia, postanawia sama dotrzeć do prawdy.

Sharon Bolton poprowadziła narrację w pierwszej osobie. Podążamy za wydarzeniami z perspektywy głównej bohaterki. Przypuszczam, że ten zabieg miał budować atmosferę narastającego napięcia, być może, momentami grozy. Udało się to połowicznie ze względu na chwilami zbyt długie opisy przemyśleń Tory.

Fabuła Sacrifice była interesująca, akcja książki rozwijała się powoli, tylko pod sam koniec nieznacznie przyspieszając. Powieść Sharon Bolton wciąga, lecz zdecydowanie nie była to książka, od której nie można się oderwać. Historia opowiedziana przez brytyjską pisarkę była ciekawa, a poprzez wprowadzenie motywu nordyckich wierzeń także mroczna i tajemnicza. Nie można odmówić temu kryminałowi tego, że wywołuje miły dreszczyk emocji, ale na pewno nie porywa, nie sprawia, że z niecierpliwością przewraca się kolejne kartki, nie mogąc się doczekać, co się dalej wydarzy.

Tak, jak lubię czytać debiuty, zawsze niosące za sobą pociągającą niewiadomą, tak lubię wrócić do nieprzeczytanych książek, szczególnie tych sprzed wielu lat. W przypadku Sacrifice udało się połączyć oba te elementy. Choć od ukazania się tej debiutanckiej wówczas powieści minęła już dekada, to trzeba uczciwie napisać, że to książka, która mogłaby się ukazać obecnie. To dobrze pomyślana i napisana powieść, która wpisuje się w popularne obecnie kryminalne trendy. Tylko pagery, których używają bohaterowie, trącą myszką. Kto dziś o nich pamięta?

Tym, co warte w powieści Bolton zapamiętania, jest udane połączenie wątków. Autorka zręcznie i kontrastowo zestawiła ze sobą współczesny – choć ze względu na położenie Szetlandów mocno odległy i sprawiający wrażenie niedostępnego – świat z nordyckimi mitami. I co najlepsze, najciekawsze, wcale nie są to proste odniesienia, jakich w popularnych obecnie kryminałach nie brakuje, lecz ich harmonijne współistnienie.

Kończąc, ostatni akapit poświęcę nie samej powieści, lecz jej polskiemu wydawcy. Jak przed kilkoma tygodniami, przy okazji recenzowania Ragdoll, tak i teraz zwrócę uwagę na anglojęzyczny tytuł. Ponownie o tym wspominam, bo ten zabieg nie tylko razi, lecz jest przede wszystkim – w moim przekonaniu – zupełnie nieuzasadniony i niepotrzebny. Czy polskie słowo „ofiara” byłoby w czymkolwiek gorsze od angielskiego „sacrifice”?! Nie wydaje mi się! Miało być bardziej mitycznie?! Nie udało się!

Źródło okładki: Wydawnictwo Amber