Wódka i milicyjny humor

Śliski interes to kolejny milicyjny kryminał Ryszarda Ćwirleja. Jest w nim wszystko to, do czego autor nas przyzwyczaił – zbrodnie wyjaśniane przez śledczych w milicyjnych mundurach, załatwiający swoje interesy esbecy, kryminalny półświatek, a w tle siermiężna rzeczywistość późnego PRL. Tyle, że tym razem tych składników jest za dużo. To wywołuje uczycie przesytu, aż do nudności.

Jest grudzień 1983 roku. Na jednej z ulic Poznania znaleziono pozbawione wnętrzności zwłoki mężczyzny. Śledztwo w tej sprawie zaczyna prowadzić chorąży Teofil Olkiewicz. Nie będzie miał łatwego zadania, w dodatku wkrótce będzie musiał podążać tropem innych zwłok – te dla odmiany zniknęły z pobliskiego cmentarza. A kolejne trupy jeszcze bardziej skomplikują sprawę. Kolega Olkiewicza, podporucznik Mirosław Brodziak, tym razem nie będzie mógł pomóc partnerowi. Będzie szukał swojego przyjaciela z dzieciństwa, teraz poznańskiego króla cinkciarzy – Grubego Rycha. Dowiedział się bowiem, że ktoś próbuje przejąć jego interes, a Grubego Rycha zlikwidować. Musi dotrzeć do kryjówki przyjaciela, zanim zjawią się tam zabójcy.

A to dopiero początek atrakcji, jakie autor przygotował dla czytelników. W Pile znaleziono zamarznięte na kość zwłoki, zatopione w przeręblu. Tropy prowadzą do Poznania. I tam kapitan Szwarc będzie szukać wyjaśnienia zagadki tego morderstwa, a na ręce będą mu patrzeć oficerowie SB. Stolica Wielkopolski ma inny problem. Na mieście pojawiły się plotki, że duma miejscowego Polmosu, wódka Wyborowa, jest „chrzczona”. Na to władza ludowa nie może przymknąć oka. Doświadczone gardła ludu pracującego natychmiast wyczują różnicę, brakujące procenty grożą niepokojami społecznymi. W Poznaniu brzmi to wyjątkowo groźnie. Chorąży Olkiewicz aż się trzęsie z ochoty by prowadzić to śledztwo. Dla wielbiciela i znawcy produktów Polmosu to jak zaproszenie do raju. Do tego mamy jeszcze tajemniczą paczkę białego proszku, której poszukują pozbawieni skrupułów osobnicy. I milicjanta, marzącego o literackiej karierze. Pisał wiersze o dzielnych milicjantach, teraz zaczął pisać powieść kryminalną. Wątków jest tak dużo, że trudno się w nich nie zgubić. Ale nie to jest główną słabością książki. Autor nie może się zdecydować, czy pisze serio, czy z przymrużeniem oka.

Ćwirlej z niewątpliwą pieczołowitością i, chyba, dużym upodobaniem rekonstruuje atmosferę lat osiemdziesiątych. Wszystkie elementy są na swoim miejscu: milicyjne nyski i polonezy, załatwiony dzięki znajomościom i zbiegowi okoliczności mały fiat, kolejki w sklepach, czekające aż rzucą towar, emitowane w radiu piosenki Wodeckiego, wypełnione, niedostępnym dla większości Polaków towarem, sklepy Pewexu. Scenografia jest dopracowana, nie można tego jednak powiedzieć o rozgrywającej się na jej tle historii. Kryminalna intryga jest zagmatwana, ale od pewnego momentu przewidywalna. I nie potrzeba specjalnej przenikliwości by domyślić się, w jaki sposób zbiegną się wszystkie wątki. Jeszcze słabiej prezentują się bohaterowie opowieści. Chorąży Olkiewicz praktycznie nie trzeźwieje, wszystkie myśli i działania poświęca półlitrowej butelce żytniej. Nie dostrzega poszlak tak wyraźnych, że się o nie niemal potyka, wszystkie zagadki rozwiąże, ale zauważy to dopiero wtedy, gdy ktoś mu to uświadomi. Jego postać nie jest na granicy karykatury, ona brawurowo tę granicę przekroczyła. Ćwirlej wprowadza też inną, zdecydowanie przerysowaną postać – porucznika Marjańskiego. To milicjant, któremu się roi, że ma literacki talent i bierze się za pisanie powieści kryminalnej, oczywiście o dzielnych, przenikliwych funkcjonariuszach MO. Porucznik jest prawomyślnym, ideologicznie wyrobionym funkcjonariuszem, a jego „powieść” to naiwnie grafomańskie wypociny, nawiązujące do najgorszych wzorów milicyjnych kryminałów. By nie być posądzonym o okrucieństwo tylko jeden, krótki cytat. Oto jeden z oficerów MO tak wyznacza zadania śledcze: Trzeba też posłać ludzi do tych miejsc w naszym mieście, (…) o których wiadomo, że w zdrowej tkance ludnościowej znajdują się gniazda lumpenproletariatu, elementów skażonych alkoholizmem i patologią. Tak, tak, przyjacielu. Mimo naszych wysiłków i długoletniej pracy u podstaw jeszcze nie wszystkich obywateli udaje się skierować na dobrą drogę. W takiej, niby żartobliwej konwencji, utrzymana jest cała ta „powieść” w powieści. Czasami jednak styl „powieści” porucznika Marjańskiego przenika do powieści Ćwirleja. Tak jakby autor próbował zbyt odważnego szpagatu – z jednej strony napisać milicyjną powieść, z drugiej zdemaskować ją i wyśmiać jak Stanisław Barańczak w Książkach najgorszych. Nie udało się.

Źródło okładki: Wydawnictwo MUZA SA