Cierpienia Adama Karskiego

Smak błękitu Grzegorza Skorupskiego to pierwszy tom cyklu z Adamem Karskim. Powieść poetycko napisana, lukrowana, momentami naiwna i niepozbawiona błędów. A gdyby nie wady, których opis wypełni ten tekst, mogło być zdecydowanie lepiej.

Jest rok 1911. Dobrze zapowiadający się asesor sądowy, Adam Karski, zostaje w trybie natychmiastowym przeniesiony z Poznania do prowincjonalnego Gostynia. Ma tam zastąpić tragicznie zmarłego Hermana Pauzera. Zaraz po przyjeździe i zajęciu mieszkania po poprzedniku, zaczyna przeczuwać, że samobójstwo, które orzekła miejscowa policja, nie jest takie oczywiste.

Karski, zaniedbując zawodowe obowiązki, próbuje dociec prawdy o śmierci Hermana Pauzera, wciągając w śledztwo swoją współpracownicę, sąsiadkę oraz znajomych z Poznania. Szybko przekonuje się, że się nie mylił, jednak nie będzie świadomy, iż prowadząc nieformalne śledztwo, ściągnie niebezpieczeństwo nie tylko na siebie.

Czytając Smak błękitu, na pierwszy plan wysuwa się nie historia opowiedziana w książce, lecz sposób, w jaki została napisana powieść. Od pierwszych kart autor chciał zaimponować znajomością historii Gostynia, lecz zupełnie się pogubił, błędnie przywołując niemieckie nazwy ulic. Czasem były to pomyłki wynikające z – podejrzewam – nieznajomości niemieckiego, jak w przypadku Friedhoffstrasse zamiast Friedhofstrasse (od słowa Friedhof – cmentarz) czy Banhoffstrasse bądź Banhhofstrasse zamiast Bahnhofstrasse (od słowa Bahnhof – dworzec). Raz niemiecki człon „strasse”, oznaczający ulicę, był napisany „strasse”, raz „strase”. I choć błędów i niekonsekwencji jest więcej, nie będę ich wszystkich przytaczał, pastwiąc się nad autorem w tej kwestii. Poruszę jednak inne, odnoszące się nie tylko do języka. Bowiem, gdyby wad związanych ze stosowaniem niemieckojęzycznych nazw było mało, to raz są sensownie użyte: przy Banhofstrasse, raz już mniej: przy ulicy Banhofstrasse (choć w obu przypadkach z ww. błędem), czyli przy ulicy ulicy dworcowej (autor podaje: Kolejowej). Dodatkowo, czasem Skorupski używa nazwy ulicy po polsku, czasem tej samej nazwy po niemiecku. Trudno znaleźć jakieś wytłumaczenie czy uzasadnienie, jeszcze ciężej zrozumieć, po co mu to było? Zamiast pochwalić się wiedzą, wykazał się ignorancją.

A to nie jedyne negatywne efekty niepotrzebnych popisów autora Smaku błękitu. Karski wspomina w 1911 roku płytę z gatunku jazz, nowej muzyki mającej czarne korzenie Nowego Orleanu (sic!). Abstrahując od zadziwiającego opisu, szkopuł w tym, że słowo „jazz” – jak podają źródła – w kontekście muzyki po raz pierwszy zostało użyte w 1915 roku. Może trzeba było się upewnić? Z pewnością wystarczyło zachować więcej umiaru.

Zbędnymi, sprowadzonymi tylko do roli ozdoby, okazały się przywoływane przy okazji rozpoczęcia każdego kolejnego rozdziału wybrane wydarzenia z historii, które miały miejsce w danym dniu. Skorupski jakby na siłę próbował się wykazać, przekonać czytelnika, że akcja ma miejsce przed ponad stu laty. Niczego to nie wniosło do powieści, wręcz przeciwnie – tylko odciągało uwagę od fabuły.

A przechodząc do książkowych wydarzeń, warto podkreślić, że Karski od samego początku we wszystkim dopatruje się tajemnic i wspomina o nich na każdym kroku. Odniosłem wrażenie, że autor uznał, iż w ten sposób stworzy aurę tajemniczości, a nastrój sam udzieli się czytelnikowi. Tak się nie stało, choć Skorupski nie miał umiaru, odmieniając słowo „tajemnica” na wszelakie sposoby, a w sukurs głównemu bohaterowi idą także inne postacie:

To, co mówił, a raczej opisywał autor listów, podając wypowiedzi Staszka, nie wydawało mi się realne. Raczej mocno nasiąknięte romantycznym poszukiwaniem tajemnic. Staszek doszukiwał się zbieżności dat, liczył okna w wieży. Szukał tajemnych tajemnic. Jakby był prekursorem romantyzmu. W sumie ta nasza fara bardzo tajemnicza – zamyśliła się Ada.

Może nie rozpoznałem jakiegoś nieoczywistego zamiaru autora, może nie dostrzegłem ukrytej płaszczyzny Smaku błękitu, lecz dla mnie to zwyczajnie zbyt wiele „tajemnicy w tajemnicy”. Ale i w tym przypadku zabrakło autorowi konsekwencji, bowiem Karski najpierw na lewo i prawo mówi, że nie dowierza samobójstwu Hermana Pauzera, a później strofuje swoją pracownicę, przekonując, że już zbyt wiele osób wie o sprawie. Szkoda zatem, że Skorupski nie skupił się uważniej na stworzeniu wciągającej treści niż lukrowanej aż do przesady formie.

A może gdyby tak zrobił, uwypuklając zagadkę i akcję kosztem rozmyślań i rozterek Karskiego, który według jednego z bohaterów ma problem, bo widzi i czuje więcej, mógłbym – nomen omen – więcej napisać w tej recenzji o porządnym kryminale, a nie powieści przywołującej wspomnienie Cierpień młodego Wertera. Można tylko żałować, bowiem odkładając na bok poetyckie zapędy autora, spod przerośniętej formy opisów wyłaniał się zarys interesującej intrygi. Intrygi, która do prawie samego końca powieści wydaje się być zepchnięta na dalszy plan, stanowiąc jedynie tło dla rozważań Karskiego. Intrygi znajdującej w finale całkiem przyzwoite i sensowne rozwiązanie.

Skorupski zmarnował niezły kryminalny potencjał własnego pomysłu, tkwiącego w Smaku błękitu, a kreśląc kolejne wydarzenia w sposób dość chaotyczny i kończąc poszczególne opisy za pomocą gwałtownych cięć, zdradził niedostatki w swoim pisarskim warsztacie. Książkę od samego początku czytało się ciężko, za to lekko – bez żalu, z poczuciem ulgi – odkładało ją na półkę. A kończąc recenzję, można pokusić się o puentę. Pracownik Karskiego mówił o atakowaniu go jakimiś poetyckimi dyrdymałami. Zaryzykuję stwierdzenie, że autor wiedział, o czym pisał.

Nasza recenzja Dłoni śmierci Grzegorza Skorupskiego

Dziękujemy Wydawnictwu Oficynka za udostępnienie egzemplarza powieści do recenzji 
Źródło okładki: Wydawnictwo Oficynka