Szkoda spaceru po Elblągu

To nie był dobry kryminał. To nie była udana książka. Wzięta do ręki ze względu na nieznany Elbląg, nie daje szansy nawet na krótki spacer ulicami tego miasta. Miasta ponad stutysięcznego, a opisanego jak prowincjonalne miasteczko. Tak, słowa: prosta i przaśna to pierwsze, którymi czytelnik scharakteryzuje tę naiwną historię.

A szkoda, bo i tajemniczy świat kolekcjonerów papierów wartościowych wydawał się być ciekawszy niż ten ukazany w Śmierci kolekcjonera Agnieszki Pietrzyk. Możecie mi zarzucić, że oceniam książkę po okładce, że nie umiem docenić subtelności, lecz to właśnie lektura pierwszych stron, sprawiła, że kolejne rozdziały czytałem z pewnym uprzedzeniem. Bo, czy można skonstruować wiarygodny świat, kiedy przedstawiasz postacie pretensjonalnie? Wciąż jeszcze żywa ofiara przygotowuje się do aukcji, ubiera uszyty na tę okazję na miarę garnitur, który ma sprawić, że będzie budziła respekt u konkurentów, a później okazuje się, że licytuje walory warte kilkadziesiąt złotych. Jak nie odnieść wrażenia, że coś tu nie gra. Pomimo to, wbrew przeczuciu, dałem szansę autorce oraz książce i dobrnąłem do końca. Niestety, dalej wcale nie było lepiej. Bohaterowie, miejsca, wydarzenia zdają się być sztuczni, zbudowani z plastiku.

Intryga zapowiada się ciekawie. Konstrukcja ma w sobie wszystko, co powinien mieć klasyczny kryminał. To dobrze napisana pod względem językowym książka. Brakuje tylko lekkości, która sprawiłaby, że czytelnik przewracałby kolejne strony, wywołując wiatr na miarę halnego.

Autorka, przygotowując Śmierć kolekcjonera, wpadła na bardzo ciekawy pomysł ze starymi papierami wartościowymi, który umiejscowiła w nieznanym powszechnie Elblągu. To właśnie tam, w hotelu „Pod Lwem”, spotka się garstka osób o bardzo specyficznym hobby. To jedna z nich wylicytuje wyjątkowe walory, a kilka godzin później zostanie zamordowana. Choć trudno oprzeć się wrażeniu, że książka trąci trochę myszką, to dzieje się to w sposób, który miejscami przypomina niedoścignioną Agathę Christie. Szkoda tylko, że odkładając ją, odniosłem wrażenie, że Elbląg jak był, tak pozostaje miastem dla nas anonimowym. Bo przecież hotel „Pod Lwem”, który jest główną areną wydarzeń, to tylko ersatz, który mógłby znajdować się wszędzie. Nie poznałem ulic, charakteru miasta, mentalności mieszkających tam ludzi. Żałuję, bo był to jeden z dwóch, jeśli nie główny powód, dlaczego sięgnąłem po tę książkę.

Wracając do postaci i fabuły. Co sprawiło, że komisarz Kamil Soroka i prokurator Milena Łempicka-Krol to nie są bohaterowie, których czytelnik z miejsca polubi i będzie wyczekiwał z niecierpliwieniem dalszych losów? Wydaje mi się, że autorka chciała – aż za bardzo – zbudować postacie zbyt skomplikowane. Wpleciony w intrygę wątek obyczajowy zapowiadał się dobrze. Ciekawość czytelnika – co zrozumiałe – nie zostaje zaspokojona, lecz jakby zawieszona w próżni. Intryga wciąga. Wielość podejrzanych sprawia, że czytelnik ma nad czym się zastanawiać, choć jeszcze przed faktycznym rozwiązaniem, może prawidłowo wytypować mordercę. To wcale nie umniejsza zasług autorki.

Nie zrozumcie mnie opacznie. Ta książka nie jest wcale aż tak zła, jak ją opisuje ta recenzja. Agnieszka Pietrzyk napisała poprawną książkę, lecz czytelnik – zachęcony nieznanymi światami Elbląga i kolekcjonerów – ma prawo oczekiwać zdecydowanie więcej. Czegoś, co by sprawiło, że odkładając kryminał na półkę, sięgnie po pierwsze z brzegu narzędzie i w Internecie zacznie szukać informacji, czy i kiedy ukaże się kontynuacja. Ja nie szukałem.

Źródło okładki: Wydawnictwo Czwarta Strona