Lepiej unikać porównań

Z okładki Sowy Samuela Bjørka można odczytać: „Strzeż się JO NESBØ!” Bergens Tidende. Tych dwóch autorów faktycznie ma ze sobą wiele wspólnego. Obaj są będącymi w podobnym wieku Norwegami, grają w zespołach rockowych i piszą kryminały. Jednak na tym podobieństwa się kończą. Używając piłkarskiej terminologii można napisać, że ci pisarze grają w zupełnie innych ligach.

Ten wspomniany powyżej chwyt marketingowy bywa ryzykowny. Z jednej strony spełnia swoją rolę reklamową i przyciąga uwagę fanów Jo Nesbø, dla których nazwisko Frode Sander Øien, bo tak nazywa się piszący pod pseudonimem Samuel Bjørk autor, jest zupełnie anonimowe. Z drugiej, wysoko zawiesza poprzeczkę autorowi, sprawia, że czytelnik spodziewa się książki faktycznie dorównującej pierwowzorowi, oczekuje lektury na określonym – znanym mu z książek Nesbø – poziomie. Czy Bjørkowi udało się tym wymaganiom sprostać?

Sowa to druga po Sezonie Niewinnych część przygód Holgera Muncha i Mii Krüger. Munch to rozwodnik po pięćdziesiątce, który od dekady nie może pogodzić się z rozpadem swojego małżeństwa i na nowo ułożyć sobie życia oraz relacji rodzinnych. Krüger to jego młodsza współpracowniczka. Mia nie radzi sobie z osobistymi problemami – własną przeszłością, uzależnieniem od leków i alkoholu – oraz psychoterapią, do której zupełnie nie ma przekonania.

W obliczu zbrodni, nie zważając na przeciwności, policjanci z Oslo ponownie łączą siły, by zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem. Śledczy ze specjalnego wydział zabójstw w Oslo muszą rozwikłać zagadkę okrutnego morderstwa. W lesie na półwyspie Hurumlandet zostaje znaleziona zamordowana nastolatka. Morderca ułożył jej zwłoki na posłaniu z sowich piór, tworząc wokół ciała pentagram ze świec. Grozę okrucieństwa dopełnia nienaturalna pozycja i wepchnięty w usta kwiat.

Czytelnik w ślad za policjantami, próbującymi rozwiązać sprawę, wchodzi w świat, jakże charakterystyczny dla skandynawskich kryminałów, pełny bezwzględnej brutalności i wynaturzeń. Co gorsza, można odnieść wrażenie, że wyszukany sposób morderstwa to jedyna oryginalność, którą autor ma nam do zaproponowania, bowiem ani osadzona w Oslo akcja, ani sposób narracji nie porywają. Rozwiązanie pozostawia odczucie niedosytu, brakuje sensownego powiązania wątków.

Sowa swoją konstrukcją bardziej niż Jo Nesbø przypomina mi książki pisane przez Szwedkę Camillę Läckberg. Na samym początku mamy odwołanie do odległej przeszłości. Choć mam na myśli jedynie ten zabieg, a nie całą fabułę. Książkę czyta się ciężko. Jest chaotyczna, a autor lubuje się w przesadnym myleniu tropów, co negatywnie wpływa na obiór Sowy. W płynnej lekturze przeszkadzały mi również ciągłe monologi wewnętrzne Mii Krüger. Męczyły jej przewijające się przez całą książkę zmagania z depresją i myślami samobójczymi. Trudno mi zrozumieć, dlaczego autor poświęca im aż tyle uwagi i wciąż przypomina jej zmarłą siostrę, zwłaszcza, że ciężko je powiązać z wydarzeniami z książki. Być może Bjørk zaspokoi moją ciekawość dopiero w kolejnym tomie, co zasygnalizował w ostatnich zdaniach.

Po lekturze Sowy nasuwa mi się jedna konstatacja. Ugruntowana od lat pozycja Jo Nesbø, jako najlepszego norweskiego autora kryminałów, jest wciąż niezagrożona. Samuel Bjørk jest tylko pretendentem, któremu jeszcze bardzo wiele brakuje, by zdetronizować mistrza.

Ciekawy jestem, jakby mi się czytało i odbierało tę książkę, gdyby nie narzucone z góry porównanie? Niestety, tego już się nie dowiem.

Źródło okładki: Wydawnictwo Sonia Draga