Na szczytach świata i władzy

Ta, która musi umrzeć Davida Lagercrantza trafiła na moją półkę zaraz po premierze, jednak po lekturze piątej części
Millennium, Mężczyzny, który gonił swój cień, nie rwałem się do jej czytania. Kiedy w końcu wziąłem się za wieńczący serię tom, już po kilkudziesięciu stronach lektury wiedziałem, że to był błąd.

Do Mikaela Blomkvista dzwoni lekarka sądowa, Fredrika Nyman. Badała zwłoki bezdomnego, który w kieszeni kurtki miał kartkę z zanotowanym numerem telefonu dziennikarza. Nie mogąc ustalić tożsamości mężczyzny, lekarka decyduje się na kontakt z Mikaelem.

Blomkvist nie może z początku skojarzyć, o kogo chodzi, lecz z czasem przypomina sobie tajemniczą postać w kurtce puchowej. Przyczyną śmierci bezdomnego, próbującego przed śmiercią zwrócić na siebie uwagę, wykrzykując niezrozumiałe zdania, w których padało nazwisko Johannesa Forsella, szwedzkiego ministra obrony, było zatrucie organizmu. Dziennikarz postanawia zainteresować sprawą Lisbeth Salander, która niespodziewanie sprzedała swoje sztokholmskie mieszkanie i przebywa w nieznanym Mikaelowi miejscu.

Blomkvist martwi się o swoją przyjaciółkę, która podczas ich ostatniego spotkania na pytanie Mikaela o plany, odpowiedziała: Być kotem, a nie myszką. Lisbeth postanowiła raz na zawsze rozprawić się z przeszłością, która kryje się pod postacią jej siostry, Camilli.

Książka Davida Lagercrantza intryguje od pierwszych stron. Powieść najzwyczajniej wciąga czytelnika w pozornie zwykły świat, wydarzenia nie są spektakularne, lecz składają się w interesującą całość. Narracja, która na przemian relacjonuje książkowe wydarzenia z perspektywy wielu, nie tylko, głównych bohaterów, jest zwyczajna. Ani nie zachwyca, ani nie razi, co powoduje, że nie odwraca uwagi od fabuły, nie przeszkadza w jej odbiorze. Akcja powieści rozwija się miarowo, od samego początku podszyta jest nutą niepewności.

Zastanawiałem się, jakie zakończenie serii wymyślił autor. Byłem ciekawy, czy David Lagercrantz zdoła mnie zaskoczyć. Pisarzowi – pomimo pewnej przewidywalności, która wkradała się w fabułę książki – udało się trzymać mnie w napięciu do samego końca lektury, ale po finale tej serii spodziewałem się więcej, Było widowiskowo, lecz nie zaskakująco. Nie powiem, że byłem rozczarowany, lecz czytając ostatnie strony, odnosiłem wrażenie, że autor zbyt szybko chce pożegnać się z bohaterem i zamknąć wątki. Można było również wyczuć, że – wbrew własnym zapowiedziom – Lagercrantz nie jest przekonany, czy faktycznie wybrzmiały ostatnie słowa tej historii. Czas pokaże, wszak literatura – nawet rodzima, jak choćby cykl z Forstem – zna przypadki, do których można odnieść stwierdzenie „nigdy nie mów nigdy”.

Podobnie jak w Mężczyznie, który gonił swój cień, tak i w Tej, która musi umrzeć główni bohaterowie serii –  spłyceni, w stosunku do książek spod pióra Larssona, Lisbeth i Mikael – nie przesłaniają historii i innych postaci ją tworzących. Autorowi udało się zachować równowagę, która z jednej strony uprawnia czytelnika do równorzędnego określania Salander i Blomkvista mianem osób, wokół których kręci się powieściowy świat, z drugiej natomiast nie wywołuje uczucia przesadnego skupienia kosztem tego, co wydarza się na drugim planie. 

Ta, która musi umrzeć – zgodnie z zapowiedziami autora – kończy Millennium. To najlepsza z trzech książek napisanych przez Davida Lagercrantza. Odkładając ją, żałowałem, że to już koniec serii opowiadającej o skomplikowanych losach Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista. Poprzednie dwie powieści Lagercrantza porównywałem do książek napisanych przez Stiega Larssona. Co nas nie zabije i Mężczyzna, który gonił swój cień z różnym – odpowiednio raz lepszym, raz gorszym – skutkiem porównywałem z oryginalną trylogią, której były kontynuacją. Czytając Tą, która musi umrzeć, przestałem na to zwracać uwagę i skoncentrowałem się na samej fabule. A ta – jak i sposób jej powiedzenia – obroniła się. Można jej zarzucić, że była bardzo dobra, lecz, z pewnością, nie to, iż wyjątkowa. Można, tylko po co?!

Zmitologizowane Millennium przeszło do historii literatury – nie tylko – kryminalnej. Trylogia napisana przez Lagercrantza najprawdopodobniej nie podzieli jego losów, lecz broni się jako – co niełatwe w porównaniu z, według wielu, arcydziełem gatunku – historia z sensem, logiką i interesującymi zagadkami, napisana lekkim piórem, bez niepotrzebnych kompleksów i zbędnej czołobitności. To – w zależności od przyjętych założeń i oczekiwań czytelnika – wiele bądź zdecydowanie zbyt mało. Ja byłem, przykładając do oceny odpowiednią miarę, usatysfakcjonowany.

Nasza recenzja Mężczyzny, który gonił swój cień Davida Lagercrantza

Źródło okładki: Wydawnictwo Czarna Owca