Zaglądając w duszę

Bernadeta Prandzioch napisała udaną książkę. Z jednym wszakże zastrzeżeniem. Terapeutka to nie jest kryminał, to powieść obyczajowo-psychologiczna, w której wątek kryminalny został potraktowany jedynie jako tło i nie odgrywa pierwszoplanowej roli. Ta została przypisana Marcie Szaryckiej – tytułowej terapeutce.

Autorka zapoznaje nas z główną bohaterką bezceremonialnie. Szarycka ucieka przed swoimi problemami, otaczającym ją środowiskiem i światem. Zapominając się na jedną noc, zatraca się w alkoholu i przypadkowym seksie bez zobowiązań. To nie jej pierwszy ani nie ostatni taki wyskok, pomiędzy którymi próbuje przekonać samą siebie, że zmierzy się z problemami „jutro”. Sen zapewnia jej chwilowe ukojenie, lecz – co oczywiste – niczego nie rozwiązuje, a przebudzenie bywa brutalne.

Po jednej z takich przygód i powrocie do codzienności psycholożka, prowadząca właśnie zajęcia ze studentami na uczelni, odbiera telefon. Adam – szef Szaryckiej z poradni – chce, by natychmiast przyjechała. W ogródku na terenie posesji w Katowicach, na której ma siedzibę poradnia, zostało znalezione ciało pięciolatka. Marta spotyka na miejscu znajomego – aspiranta sztabowego Roberta Wojtczaka – a Adam prosi, by przed śledczymi zataiła pewien fakt. Psycholożka bardzo szybko spostrzega, że sprawa ma osobisty związek z nią i jej demonami z przeszłości.

Rzadko się zdarza, bym po skończonej lekturze spojrzał na widniejący na okładce blurb i skonstatował, że w tej rekomendacji jest coś więcej, niż chwyt marketingowy. „Nowy głos w polskiej powieści kryminalnej” – ta fraza autorstwa zapewne samego wydawnictwa zachęca do sięgnięcia po Terapeutkę. Z pierwszym członem faktycznie się zgadzam. Bernadeta Prandzioch napisała książkę, która predestynują ją do miana nowego głosu, choć nie jestem przekonany, czy akurat polskiej powieści kryminalnej. Co sprawiło, że miałem takie odczucia?

Autorka prowadzi narrację w pierwszej osobie w czasie teraźniejszym. To rzadki zabieg w przypadku książek zaliczanych – słusznie bądź nie – do kryminałów, do którego trzeba się z początku przyzwyczaić. Czytanie wymaga skupienia, bowiem szczególnie podczas dialogów można się pogubić:  kto, co i do kogo mówi. Jednak, kiedy przebrnie się przez pierwszy rozdział bądź dwa, to ta perspektywa wciąga i powoduje, że czytelnik doskonale wie, co czuje i czym się kieruje główna bohaterka.

Bernadeta Prandzioch pisząc Terapeutkę uniknęła banału, wykreowała postać, która wydaje się być naturalna z krwi i kości. Jej problemy nie przytłaczały fabuły, były w powolny, lecz wiarygodny sposób wyjaśniane i uzasadniane. To właśnie być może dlatego czytając Terapeutkę uniknąłem odczucia sztuczności, które towarzyszyło mi nieraz, śledząc losy innych – polskich i zagranicznych – postaci z kryminałów bądź thrillerów. Autorka szczegółowo opisuje przygody seksualne głównej bohaterki. Robi to w sposób sugestywny, lecz pozbawiony zażenowania. To mocna strona książki, która przywołuje na myśl powieści Pauliny Świst.

To, co mogę zarzucić Bernadecie Prandoch to fakt, że zaniedbała wątek związany z zawodem Szaryckiej. Od psycholożki nie dowiadujemy się zbyt wiele na temat jej pracy, a szkoda, bowiem zaglądanie przez terapeutów w dusze pacjentów i prowadzenie terapii jawi się niezwykle interesująco.

Terapeutka to, jak już na wstępie napisałem, nie jest kryminał. Nie ma w niej tropienia mordercy, śledczy są obecni na drugim planie, lecz nie ich profesja i działania są tym, na czym skupiła uwagę – swoją i co za tym idzie czytelników – autorka powieści. To o tyle ciekawe, że choć wszystko wydaje się być do bólu przewidywalne, to Prandzioch udało się wciągnąć czytelnika. Autorka zainteresowała, jednak nie symbolicznie zarysowaną i potraktowaną zagadką kryminalną, lecz losem głównej bohaterki. Czytający mógł odnieść wrażenie, że intryga kryminalna rozwiązała się sama. Czy mnie to rozczarowało? Nie, bo już po pierwszych kilkunastu stronach wiedziałem, że w Terapeutce to nie zawartość „kryminału w kryminale” może być tym, co zdecyduje o finalnej ocenie książki.

Źródło okładki: Dom Wydawniczy REBIS