Przekraczając granice

Umorzenie to dziewiąty tom przygód Chyłki i Zordona. Remigiusz Mróz nie zwalnia tempa, a czytelnikowi zaczyna brakować tchu, by za nim nadążyć. Co gorsza, każda kolejna książka autora przynosi coraz mniej powodów, by następnych wyczekiwać z niecierpliwością. A najpłodniejszy kryminalny polski pisarz ani myśli zwolnić, wywołując zdziwienie, bowiem coraz trudniej odnaleźć w jego powieściach polot i finezję, które przez długi czas charakteryzowały jego twórczość.

W życiu Joanny Chyłki i Kordiana Oryńskiego zapanował spokój i stabilizacja. Para prawników uporała się z przeciwnościami i buduje fundamenty wspólnej przyszłości. Ten, jak się szybko okaże, złudny obraz jest tylko fasadą, bowiem rzeczywistość jest o wiele bardziej bezlitosna. Chyłka ukrywa prawdę o swoim stanie zdrowia, zwodząc szczęśliwego Zordona. Pozorna sielanka błyskawicznie przeradza się w stan wojny, który dla Chyłki jest niechcianą i bolesną koniecznością, a dla Kordiana niezrozumiałym i trudnym do zaakceptowania zaskoczeniem. Ich wspólne osobiste problemy okazują się być wyrazistym tłem, a czasem równoległą płaszczyzną, dla sprawy, której podjęła się Chyłka.

Joanna postanawia bronić mężczyzny, który jest podejrzany o bestialskie zamordowanie swojej rodziny. Sprawa, wywołująca swoją niezwykłą brutalnością powszechne oburzenie, wydaje się być beznadziejna i z góry przegrana, bowiem oskarżony przyznał się do winy i nie zamierza uciekać od odpowiedzialności za popełnioną zbrodnię. Chyłka i Zordon rozpoczną własne – choć długimi momentami wcale nie wspólne – śledztwo, podczas którego będą musieli stawić czoła wyzwaniom i przeciwnościom, doświadczając skrajnych emocji i zdarzeń, które mogą bezpowrotnie zmienić ich losy.

Lekturze Umorzenia towarzyszyło znużenie. Remigiusz Mróz znowu kreśli ciekawą intrygę, lecz tym razem akcja powieści rozwija się nie tak, jak nas, czytelników, autor przyzwyczaił, czyli w porywający i przystępny sposób. Cięty język Chyłki bawi zdecydowanie mniej, jej styl wypowiadania – pełen analogii i sarkazmu – przytłacza i męczy. Na próżno szukać błyskotliwych i dynamicznych dialogów, które napędzały większość wcześniejszych tomów z serii.

Remigiusz Mróz wciąż broni się logiką i wiarygodnością, których nie można odmówić także i tej książce, lecz brak lekkości, swoistej fantazji, połączonej z brawurą i rozmachem, w budowaniu fabuły i narracji staje się z każdą kolejną powieścią bardziej widoczny, stanowiąc coraz cięższy kamień wrzucony do ogródka autora i jednocześnie mocniej ciążący czytelnikowi.

Czytając a później recenzując ósmy tom, Kontratyp, zastawiałem się, nie tylko jak potoczą się dalsze losy pary głównych bohaterów, ale  – może nawet bardziej – jaką formę pisarską zaprezentuje autor. Niestety, bliżej mi do rozczarowania niż zachwytu, bowiem najnowsza powieść Remigiusza Mroza ani nie wciągnęła, ani niczym specjalnym się nie wyróżniła.

Konkludując, odniosłem wrażenie, że pisarz nie zmiarkował, kiedy powiedzieć „dość”, zamieniając fantastyczny cykl w serię z każdym tomem coraz mocniej przywołującą na myśl miraż latynoskiej telenoweli z filmem z gatunku potocznie określanego jako „zabili go i uciekł”. A, że w posłowiu zapowiada nie jeden, a kolejne tomy, podejrzewam, że zamierza testować wytrzymałość swoich wiernych czytelników, wystawiając ich – podobnie jak swoich bohaterów – na coraz cięższe próby. Sam jestem ciekaw, czy starczy cierpliwości na jeszcze jedną czy może więcej powieści, co w przypadku Mroza oznacza miesiące, a nie lata. Kto wie, być może c h y ł k i e m nadchodzi zmierzch, zachód najjaśniejszej gwiazdy na firmamencie polskiej – być może nie tylko kryminalnej – literatury.

Nasza recenzja Oskarżenia Remigiusza Mroza
Nasza recenzja Testamentu Remigiusza Mroza
Nasza recenzja Kontratypu Remigiusza Mroza

Źródło okładki: Wydawnictwo Czwarta Strona