Prawo pisane władzą

Po raz wtóry w ostatnim czasie sięgnąłem po „starą” książkę Remigiusza Mroza. Tym razem z zupełnie odmiennym skutkiem niż w przypadku Hashtagu. Powieść W cieniu prawa, wydaną w 2016 roku, kupiłem rok później, a pisząc te słowa, żałowałem, że tak długo zwlekałem z jej lekturą. Na szczęście, w przypadku książki, której akcja rozpoczyna się w 1909 roku w austro-węgierskiej Galicji, trudno mówić o aktualności sensu strico, zatem i o jej utracie.

W tajemniczych okolicznościach, w murach zamkniętej na noc rezydencji Raisental, ginie panicz Julius. Nie czekając na przyjazd stróżów prawa, baron Hendrik von Reigner próbuje pogrzebaczem wymóc na dwudziestodwuletnim Polaku, Eriku Landeckim, przyznanie się do winy. Erik, który poprzedniego dnia został zatrudniony na stanowisku czyścibuta, stał się pierwszym podejrzanym, do czego przyczyniła się ciągnąca się za nim zła reputacja.

W winę Landeckiego nie wierzy Sophia Maländer, narzeczona młodszego syna barona, Marca-Olivera. Na jej prośbę i koszt obrony Erika podejmuje się Wilhelm Hütter, adwokat z Triestu. Rozpoczyna się wyścig z czasem, aby młody Polak nie został powieszony za zabójstwo dziedzica rodu.

Powieść W cieniu prawa to wciągająca podróż w świat, którego od dawna już nie ma. Nie ma w niej jednak miejsca na nostalgię, czas i miejsce akcji stanowią jedynie tło wydarzeń. Remigiusz Mróz umiejętnie łączy historyczne realia z brawurową rozgrywką, a książką nie jest pretensjonalna, co w przypadku co poniektórych kryminałów retro jest cechą, nie tylko godną politowania, lecz i niemalże immanentną. Tym bardziej warto docenić, że pisarzowi udało nie wpaść w to, co w tej konwencji najgorsze – przerost formy nad treścią.

W cieniu prawa to powieść, której akcja jest niezwykle dynamiczna. Autor często stosuje – chyba najbardziej charakterystyczny dla swojej twórczości zabieg – suspens. Fabuła, wydająca się z początku niezbyt rozbudowaną i wymyślną, wraz z kolejnymi rozdziałami książki odkrywa przed czytelnikiem nowe elementy. Powieść przekształca się z kryminału w powieść sensacyjną, w której finale nie okazuje się, kto zabił, bowiem to wyjaśnia się wcześniej. Zakończenie nie jest specjalnie wyszukane, za to cokolwiek ckliwe, co odbiega od tego, co u pisarza można uznać za regułę.

Wraz z rozwojem wydarzeń zmienia się nie tylko gatunek książki, lecz i język, jakim opowiedziana została historia. Z początku Remigiusz Mróz zwraca baczną uwagę na stylizowanie języka na taki, jakim posługiwali się mieszkańcy Austro-Węgier przed ponad wiekiem. Robi to z umiarem, wplatając archaiczne zwroty i słowa, które dodają powieści charakteru, lecz nie przeszkadzają w jej odbiorze. Im dalej w książkowy las, tym mniej jest literackiej zabawy. Można podejrzewać, że autora – z korzyścią dla powieści – pochłonęło kreowanie losów głównego bohatera, który, jak to u Mroza – o czym pisarz wielokrotnie wspominał – bywa, zaskakiwał także i jego.

Na sam koniec odniosę się już nie do zasadniczej części powieści, lecz posłowia. A właściwie do tego, czego mi w nim zabrakło. Remigiusz Mróz umieszcza w fabule bardzo ciekawy aspekt prawny dotyczący dziedziczenia, szkoda, że pisarz nie odniósł się do niego, wyjaśniając, czy takie przepisy faktycznie obowiązywały w monarchii austro-węgierskiej. Lecz i bez tego W cieniu prawa to książka warta uwagi, gwarancja literackiej rozrywki spod znaku Remigiusza Mroza w dobrej formie.

Źródło okładki: Wydawnictwo Czwarta Strona