Teatr złudzeń

Thriller W żywe oczy JP Delaneya jest wyzwaniem dla wyobraźni, opowiadając o kłamstwie, zbrodni i fascynacji. Każda postać odgrywa w nim rolę, a życie przenika się z imaginacją. Autor konfrontuje ze sobą profesjonalistów – aktorów i przenikliwych naturszczyków. I to właśnie ich zderzenie wyznacza oś powieści, którą w przypadku thrillera są nieodzowne i – zazwyczaj – nierozłączne kłamstwo i tajemnica.

Brytyjka Claire Wright przebywa nielegalnie w Stanach Zjednoczonych. Dwudziestopięciolatka kształci się na aktorkę, a utrzymuje się, pracując na zlecenie kancelarii prawnej. Claire testuje wierność mężów, próbując ich poderwać.

Pewnego dnia otrzymuje kolejne zlecenie, które – na pozór – nie różni się od poprzednich, lecz tym razem – po raz pierwszy – w hotelowym pokoju poznaje Stellę Fogler, której męża ma uwieść. Kobieta wydaje się być przerażona sytuacją, boi się i ostrzega Claire przed Patrickiem. Brytyjka, potrzebująca pieniędzy na zaległy czynsz, mimo wątpliwości podejmuje wyzwanie, po raz pierwszy polegając. Patrick Fogler nie daje się sprowokować, lecz – ku jej zaskoczeniu – zafascynowuje Wright. Niewykonane zadanie okazuje się preludium jej kłopotów, bowiem nazajutrz pokojówka znajduje martwą Stellę. Ostatnią osobą, która widziała zamordowaną kobietę żywą, była Claire. Wszystko, co wydarzy się później, przeradza się w wyrafinowaną i niebezpieczną grę, której stawką będzie nie tylko prawda.

W żywe oczy to powieść, jednak jest w niej to, co wypełnia reguły klasycznego dramatu. JP Delaney rozpoczyna od przedstawienia i rozwinięcia, prowadząc poprzez perypetie i punkt kulminacyjny do rozwiązania. Pisarz na tym jednak nie poprzestaje, wprowadzając mieszane formy narracji – raz te charakterystyczne dla utworów dramatycznych, raz typowe dla prozy. Ten – zapewne odwołujący się do aktorstwa, któremu poświęca autor wiele miejsca i uwagi – zabieg jest dość sztuczny i nic nie wnosi. JP Delaney, zdecydowanie bez straty dla powieści, mógł sobie darować takie tanie zagranie pod publiczkę. Jestem przekonany, że bez zbędnych udziwnień książkę czytałoby się znacznie lepiej.

Thriller JP Delaneya przenosi czytelnika w ciekawe światy aktorstwa, psychologii i literatury. Autor umiejętnie je miesza, sprawiając, że rzeczywistość – oczywiście, ta książkowa – miesza się z ułudą, prawdziwe postawy z wystudiowanymi rolami. Pisarz zręcznie manipuluje wydarzeniami i ich przedstawieniem, wprawiając czytającego w – balansujące na granicy przesady – poczucie dezorientacji. Mógłbym zaryzykować twierdzenie, że dzięki temu wpisuje się w ramy wyznaczające rasowego dreszczowca.

Powieść, jak można oczekiwać, trzyma w ciągłym napięciu od samego początku aż do końca. Autor zwinnie zmienia nastrój i tempo akcji. JP Delaney być może przesadza z suspensem, lecz podekscytowany czytelnik przewraca kolejne kartki, oczekując finału powieści i wyjaśnienia intrygi. A to jest całkiem przyzwoite, udanie puentując tę historię. Podsumowując, W żywe oczy to niezły thriller, lektura zaliczająca się do głównego nurtu gatunku. Powieść JP Delaneya porywa na kilka godzin, zapewniając dobrą, momentami – głównie za sprawą odwołań do poezji Charlesa Baudelaire’a – naprawdę interesującą, rozrywkę.

Źródło okładki: Wydawnictwo Otwarte