Moja wina

Ostatnia książka Bartosza Szygielskiego zatytułowana jest Winni jesteśmy wszyscy. Ja też. Nie powinienem tak łatwo dać się namówić na lekturę tej powieści. Nie obwiniam osoby, która mnie do niej zachęciła, lecz siebie samego. Jak mogłem, mając w pamięci słabiutką Krew, być tak naiwny.

Konrad Łazar, były żołnierz, zajmuje się białym wywiadem. Kiedy w kolejne, niczym nie zwiastujące tragedii, piątkowe popołudnie w warszawskim biurowcu dochodzi do prawdziwej rzezi, jego życie zmienia się bezpowrotnie. Napastnik najpierw zabija Agnieszkę, pracującą z Łazarem jego byłą dziewczynę, raniąc Konrada, a później na jego oczach popełnia samobójstwo.

Wiele miesięcy później Łazar wraca po rekonwalescencji do pracy, gdzie zamiast spodziewanego awansu dostaje wypowiedzenie. Jakby tego było mało, samobójstwo popełnia Ewelina, była sekretarka z firmy. Czy jej śmierć ma coś wspólnego z wydarzeniami sprzed pół roku? Ojciec Eweliny nie wierzy w jej samobójstwo i przekonuje Łazara, by ten spróbował odkryć prawdę.

Winni jesteśmy wszyscy to topornie napisana powieść, którą – gdyby nie niniejsza recenzja – odłożyłbym na półkę już po jedenastu pierwszych stronach i zdaniach: Przechodząc obok stanowiska z kawą, zauważył, że Monika po raz kolejny zostawiła na nim swój brudny kubek. Starał się nie być złośliwy, mimo wszystko miał jednak nadzieję, że kiedyś ktoś ją za to solidnie ukarze. Staram się nie być złośliwy, lecz nie mogę powstrzymać się przed postawieniem pytania, kto chciał mnie solidnie ukarać i za co, skazując na czytanie takich fraz. Ech, gdybym tylko nie czytał dalej, jakoś zapomniałbym o tej książce i nie dowiedział się, że jedna z bohaterek: W tej chwili nie widziała nawet światełka na końcu tunelu. Była w bardzo długiej odbytnicy, u której kresu czekała jedna wielka niewiadoma. To, że winni jesteśmy wszyscy, wiedziałem od początku. Nie wiem, co przeskrobali inni czytelnicy tej powieści, ale ja faktycznie chyba będę smażył się w piekle. Za jakie grzechy przyszło mi to czytać!?

Bogiem a prawdą, już powyższy akapit mógłby – powinien? – starczyć za całą recenzję. Czy trzeba pisać kolejne, sprowadzające się do zwyczajnego pastwienia się nad książka i jej autorem? Cóż, i tak, i nie. Zatem będzie kolejnych kilka, napisanych z poczucia obowiązku, aby uzasadnić bezwzględną i – nazwijmy to po imieniu – chwilami kpiącą ocenę.

Powieść Szczygielskiego – i wcale nie piszę tego na własne usprawiedliwienie – zapowiadała się całkiem nieźle. Uwagę przyciągał typowy dla gatunku, lecz bezsprzecznie intrygujący, tytuł, zdobiący jeszcze lepszą okładkę. Dałem się im zwieść. Niestety, nic, co znalazło się w środku książki, im nie dorównywało. Ani mająca – co zaliczam autorowi na plus – nietypowe zajęcie postać głównego bohatera, płytka i nijaka, ani zagadka, chaotyczna i momentami zdumiewająca. Akcja ani nie wciągała, ani nie porywała. Poziom kryminalnej intrygi, którą Szczygielski zawiązuje dość ciekawie, można ocenić przez pryzmat sceny, w której – mający o sobie i swoich umiejętnościach i doświadczeniu wysokie mniemanie – Łazar próbuje kupić na ulicy od co dopiero poznanej młodej dilerki kilogram heroiny. Jakie to sensowne i wiarygodne, sic!

Winni jesteśmy wszyscy to książka napisana dość siermiężnym językiem. Narracji brakowało dynamiki, dialogom lekkości. Miało być naturalnie, a na każdym kroku trąciło sztucznością. Uwydatniały ją momenty, które wskazywały, że autor próbował być zabawny, lecz po prostu coś poszło nie tak. Zresztą takie podejrzenie można odnieść do wielu warstw powieści.

Uwagę zwraca konstrukcja książki. Najpierw swoisty prolog o odwróconej chronologii, podobnie jak, pełniący rolę porządkującą kolejne rozdziały, czas podany z dokładnością do minuty. Książkowe wydarzenia poznajemy z dwóch perspektyw, spoglądamy – choć nie od początku – na nie oczami dwojga bohaterów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te zabiegi – jak w podobnych przypadkach, kiedy autor odwraca nimi uwagę od warsztatowych niedostatków, uważając, że owe komplikacje zastąpią ciekawą, sprawnie opowiedzianą historię, czyli sól każdej dobrej powieści – to po prostu przerost formy nad treścią. Nic nie wnoszą, nic nie uzasadnia pieczołowitości w określaniu czasu.

Zmuszanie się do czytania, dłużącymi się niemiłosiernie godzinami, setek stron to wcale nie kryminał, to perwersja. Przez moment, pod sam koniec książki, wydawało mi się, że chociaż finał – wyjaśnienie zagadki – będzie czymś, co ją uratuje, lecz szybko okazało się, że i to autor popsuł, zwyczajnie przekombinował.

Kończąc, Winni jesteśmy wszyscy można podsumować trzema słowami. Niedowierzanie, zażenowanie i zniechęcenie – to one definiują odczucia, towarzyszące lekturze książki Bartosza Szczygielskiego. Jeśli macie coś na sumieniu, chcecie coś odpokutować, to pozycja dla was. Pretensje – jak wszyscy winni – możecie mieć jedynie do siebie. Pamiętajcie jednak – ja was ostrzegałem.

Dziękujemy Wydawnictwu Czwarta Strona za udostępnienie egzemplarza powieści do recenzji
Źródło okładki: Wydawnictwo Czwarta Strona