Powieść versus absurd

Żywiłem do Roberta Ostaszewskiego – autora, oczywiście, człowieka bowiem nigdy nie poznałem – mieszane uczucia. Jego samodzielna powieść, Zginę bez ciebie, zupełnie mnie rozczarowała, za to Kogo kocham, kogo lubię, napisana wspólnie z Martą Mizuro, miło zaskoczyła. Kiedy dostrzegłem na półce biblioteki nową powieść tego autora, Zabij ich wszystkich, postanowiłem definitywnie rozstrzygnąć, jak to z nim jest. Czy sprawdza się tylko w duetach, kiedy uchodzą mu płazem warsztatowe niedostatki, czy radzi sobie również jako samodzielny pisarz.

Pochodzący z Krakowa, lecz mieszkający z rodziną na Śląsku, nadkomisarz Edmund Polański zostaje wezwany na miejsce zbrodni. Ofiarą jest Stefan Wilk, którego ostatnim miejscem pracy było nowo otwarte muzeum. Mundek rozpoczyna śledztwo, które ma wyjaśnić, kto i, przede wszystkim, dlaczego zabił portiera. Jedynym tropem jest tajemnicza dziura w brzuchu ofiary, przywołująca na myśl mord rytualny, którą ktoś zrobił już po zabiciu Wilka.

Rozstrzygnięcie poruszonego przeze mnie we wstępie dylematu nastąpiło zaskakująco szybko, bowiem już na drugiej stronie powieści. Kiedy pierwszy akapit zakończył się zdaniem: Ale to już nie wyglądało jak za towarzysza Edwarda, a ostatni rozpoczął się od słów: Przeszedł do pokoju, popatrzył na zdewastowany garnitur mebli pamiętających przemówienia towarzysza Wiesława, wiedziałem już wszystko. I wcale nie chodzi o to, że nie znam mebli z pamięcią do przemówień, lecz o powtórzenie i – przede wszystkim – pretensjonalne, mające w zamiarze wyłącznie ukazanie talentu i warsztatu autora, określenie „garnitur mebli”. Wszystko, co można powiedzieć, można powiedzieć prosto. To parafraza prawdy oczywistej, której autor wydaje się nie znać bądź którą – świadomie czy nie – ze szkodą dla własnej książki lekceważy. Przeczytałem zaledwie dwie strony powieści, a miałem wrażenie, że dowiedziałem się o niej już wszystkiego. Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo się mylę. Okazało się, że to, co najciekawsze, choć może powinienem użyć określenia przynajmniej „osobliwe” – było jeszcze przede mną.

Ale zanim przejdę do ostatnich stron książki, podsumowując powieść i kończąc recenzję, poświęcę kilka zdań na wypełniającą Zabij ich wszystkich treść. A tej, poza bizantyjsko skonstruowanymi zdaniami i zbędnymi, monstrualnie rozbudowanymi, opisami, które zamiast nadawać ton narracji i tempo akcji, wyhamowywały ją, nie można nic zarzucić. Autor wymyślił zajmującą intrygę kryminalną, rzucił ją na ciekawe i nieźle nakreślone tło, wplótł interesujące wątki związane ze sztuką oraz słowa pochodzące ze śląskiej gwary. Zagadka była wielowątkowa, a Ostaszewski udanie je wszystkie połączył i sprawnie – choć mozolnie – poprowadził książkowe wydarzenia do sensownego zakończenia. Można mu zarzucić, że niektóre wątki poboczne nie doczekały się wyjaśnienia, podobnie jak zapytać. dlaczego akcja, opublikowanej niespełna rok temu powieści, rozgrywa się akurat w roku 2011? W tekście ani posłowiu nie znajdziemy odpowiedzi. Znajdziemy za to coś zupełnie innego i zaskakującego.

Tym czymś – kuriozalnym – było to, co czekało czytelnika na sam koniec książki, już po zasadniczej części powieści, czyli wspomnianym już powyżej posłowiu. Wieńczą je zdumiewające słowa:

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Czytelnikom podczas lektury Zabij ich wszystkich wielu „tekstowych rozkoszy”.

Zgłupiałem, czytając! To absurdalnie brzmiące zdanie autor napisał z, nieznanego mi, powodu na końcu, a nie początku książki. Może po to, by czytelnik mógł dostrzec z perspektywy zakończonej właśnie(sic!) lektury te zasugerowane – choć niezauważone – rozkosze, może by zachęcić go do ponownego przeczytania książki, tak, aby na nie zwrócił uwagę?! Albo jeszcze inaczej, być może należało rozpocząć lekturę Zabij ich wszystkich od posłowia, żeby móc przyjąć życzenia autora jeszcze zanim zacznie się czytać – po bożemu – pierwszą stronę, a nie już po przysłowiowym „obiedzie”?! Nie wiem, którą ewentualność miał na myśli autor, pisząc te słowa. Nie wiem, choć nie podejrzewam, czy się nawet nad tym zastanowił. Wszystkie wydają się jednak – a co mi tam, niech się powtórzę – równie kuriozalne.

Wrócę jeszcze do „tekstowych rozkoszy”. Zastąpiłbym tę frazę inną – kwiecistymi katuszami, przywołując zdania, jak choćby to:

Kozidrak, zwykle poważna jak notariusz przed podpisaniem dokumentów, z trudem powstrzymała wybuch śmiechu.

Ja też! I tak rozwiałem – albo, właściwie, to autor rozwiał – swoje wątpliwości. Więcej nie będę się zastanawiał. Choć przyznaję, że dla takich perełek jak ta z posłowia, warto dotrwać do końca każdej książki. Ich wspomnienie mogłoby wypełnić nie tylko puentę, lecz i posłużyć za całą recenzję.

Źródło okładki: Wydawnictwo Świat Książki