Spadając ze szczytu

Zerwa kończy tatrzańską serię Remigiusza Mroza. Gdyby autor poprzestał – zgodnie z pierwotnym planem – na trylogii, wspominałbym ją zdecydowanie lepiej niż pentalogię, na której się skończyło. Często, w tym przypadku niestety też, zdarza się, że więcej wcale nie oznacza lepiej. Szkoda, że Mróz zmienił zdanie bądź też dał się namówić na zmianę decyzji.

Były komisarz Wiktor Forst budzi się w Zakopanem, w szpitalu na Kamieńcu. Nie pamięta, jak się w nim znalazł, nie pamięta też, co się z nim działo odkąd wyjechał z Polski sprawdzić wiadomość w sprawie Olgi Szrebskiej, pozostawioną dla niego w skrytce depozytowej w banku w Torrevieja. Kiedy odzyskuje przytomność, przy jego łóżku czuwa prokurator Dominika Wadryś-Hansen, która informuje go, że w górach wydarzyła się tragedia.

W Tatrach, na Rysach, znalezione zostają zwłoki. Ktoś zamordował mężczyznę i zostawił ciało w pozycji siedzącej na słupku wyznaczającym polsko-słowacką granicę. Ofiara ma w ustach monetę, co wśród śledczych przywołuje przeszywające strachem wspomnienie mordercy zwanego „Bestią”. Na najwyższym polskim szczycie sprawę podstępem przejmują polscy dochodzeniowcy. Zanim jednak na dobre rozpoczną śledztwo, dochodzi do kolejnego tragicznego wydarzenia w górach. Forst wraz Dominiką i byłym szefem, inspektorem Edmundem Osicą, rozpoczynają pogoń za nieuchwyconym mordercą, który, jak podejrzewają, musiał przeżyć upadek z Orlej Perci. Choć z początku nie mogą w to uwierzyć.

Po lekturze Deniwelacji byłem zaskoczony, że autor nie poprzestał na Trawersie, bowiem pierwotne zakończenie cyklu z Wiktorem Forstem było dla mnie – uważnego czytelnika książek opolanina – nieco rozczarowujące. Przywoływało ono motyw wykorzystany przez Remigiusza Mroza w innej jego powieści. Muszę przyznać, że Zerwa była znacznie lepszą książką, choć daleki jestem od zachwytów, wręcz przeciwnie, cieszę się, że to już finał, licząc, że tym razem nie tylko zapowiadany, lecz faktycznie ostateczny.

Najpierw czytając, a teraz recenzując Zerwę, nie mogłem oprzeć się sprzecznemu na pierwszy rzut oka wrażeniu, że z jednej strony Mrozowi wciąż nie brakuje pomysłów, a jego wyobraźnia nie ma granic, lecz z drugiej strony, lekturze towarzyszyło odczucie, iż autorowi zaczyna brakować lekkości, do której przez długi czas przyzwyczajał swoich czytelników, a kolejne wątki wymyślane są coraz bardziej na siłę. Zatęskniłem za polotem i finezją, znanymi mi z pierwszych powieści Mroza.

Autor od pierwszych książek o przygodach Forsta i Chyłki przeplatał ich losy, zaznaczając obecność tych bohaterów w obu cyklach. W Zerwie nie pojawia się wprawdzie warszawska prawniczka, lecz jej oponent, prokurator Olgierd Paderborn. Jest to jednak – podobnie jak we wcześniejszych takich przypadkach – wątek bez większego znaczenia dla zasadniczej akcji. Pisząc o zapożyczeniach postaci, czuję się wszakże w obowiązku wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Muszę uczciwie przyznać, że choć w recenzji Kontratypu napisałem, iż obawiam się, że wspomnienie tam Forsta, obniży frajdę z czytania Zerwy, to tak się jednak nie stało.

Piąta część serii to książka dość typowa dla opolanina. Tempo akcji narasta, fabuła wciąga. Kolejną powieść Mroza czyta się szybko, a autor umiejętnie dawkuje i stopniuje emocji. Sama zagadka jest interesująca, choć daleko jej do tych z pierwszych książek z cyklu. Zakończenie, choć i tym razem wszystkiego nie wyjaśnia, jest stosunkowo wiarygodne i logiczne.

Podsumowując, Zerwa to powieść niezła, choć kolejna w dorobku pisarza, odbiegająca poziomem, do którego przez długi czytelnicy zdążyli przywyknąć. Remigiusz Mróz tym razem niczym nie zachwycił, ani tym bardziej niczym nie zaskoczył, ani niczym nie porwał. Z kart tej powieści przemawia do czytelników zupełnie ktoś inny niż autor zachwycający warsztatem  i pomysłowością w Ekspozycji czy Kasacji. Próżno w ostatnich książkach opolanina szukać błyskotliwych dialogów, ekscytującej narracji, czyli cech, które – wraz z wymienionymi powyżej – tak mocno wyróżniały Mroza na tle nie tylko polskiej konkurencji.

Źródło okładki: Wydawnictwo Filia