Włoska niestrawność

Zła pora roku to trzeci, po Żebrze Adama i Czarnej trasie, kryminał Antonio Manziniego i jednocześnie pierwszy włoski, jaki recenzujemy na naszych łamach. Dwóch pierwszych części z cyklu nie czytałem, trzecia niczym nie zachwyciła, a tym bardziej nie zachęciła, by sięgnąć po wcześniejsze książki z serii. Stało się wręcz przeciwnie. 

Rocco Schiavone, wicekwestor komendy policji w Aoscie, to rzymianin, którego przed niespełna rokiem przeniesiono do pracy na północy Włoch. Policjant, odpokutowujący przewinienia z przeszłości, robi wszystko, by nie przyzwyczaić się do ludzi i nie zadomowić w nowym miejscu.

Wicekwestor z rozrzewnieniem porównuje czterdziestotysięczne miasteczko z czteromilionowym Rzymem. A to właśnie w Aoście, stolicy najmniejszego włoskiego regionu u podnóża Alp, musi mierzyć się z codziennością i rozwiązać kolejną zagadkę kryminalną. Tym razem stawką jest życie osiemnastoletniej Chiary, porwanej córki lokalnych przedsiębiorców. Rodzice nie zgłosili porwania, a o zaginięciu nastolatki Rocco dowiaduje się od jej przyjaciółki. Wicekwestor podejrzewa, że sprawa ma drugie dno, które łączy się z działalnością przedsiębiorstwa należącego do rodziny uprowadzonej. Schiavone, nie licząc się z prawem i przełożonymi, podejmie wraz ze swoim zespołem ryzykowne śledztwo, mając nadzieję, że zdąży odnaleźć dziewczynę zanim będzie za późno.

Zła pora roku Antonio Manzini to trzecia książka z serii przygód wicekwestora Rocca Schiavone. Czytelnik, który nie zna dwóch wcześniejszych powieści, będzie czuł się mocno zdezorientowany. Autor nie szczędzi bowiem odwołań, wywołujących konfuzję porównywalną do tej, którą powoduje chaotyczna konstrukcja fabuły. Choć nie wiem, czy nie zasadnym byłoby napisanie, że cała książka Antonio Manziniego to jeden wielki zamęt. A gdyby było tego mało, to podlany niestrawną dawką wysilonego, sztucznego humoru, który zamiast wywoływać uśmiech, powodował zażenowanie.

Przeczytałem kryminał Manziniego i wciąż nie wiem, co długimi chwilami działo się na kartach powieści. Pojawiały się postacie zupełnie niezwiązane z zasadniczym wątkiem. Niezrozumiałe były rozmowy Rocca z nieżyjącą żoną, pozbawione chociażby zdania komentarza bądź wyjaśnienia. A o tym, że kobieta, z którą rozmawia wicekwestor, nie żyje, autor napomknął jakby przypadkiem, pod sam koniec książki. To i tak dobrze, bowiem zaistnienia pozostałych niejasnych wątków w ogóle nie uzasadnił.

Wisienką na torcie są zaburzające zasadniczy bieg akcji przeraźliwe długie opisy stanu cierpiącej porwanej, przerywane pojedynczymi zdaniami – okrzykami – Chiary. Odniosłem wrażenie, że autor zupełnie niepotrzebnie zapatrzył się na skandynawskie kryminalne wzorce, bezrefleksyjnie wpisując je w swoją powieść. Nie znajduję uzasadnienia, czemu to miało służyć, bo chyba nie budowaniu mrocznej, przerażającej aury. Jak dla mnie, Antonio Manzini pomylił tajemnicę z paranoją, tak jak pomylił lekkie zabawne dialogi ze zgrzytającymi pod zębami sucharami.

W książce padają słowa: Bo to tylko telewizja, a nie rzeczywistość, będące odpowiedzią na pytanie, dlaczego działania policji na łamach powieści różnią się od tych przedstawianych w telewizji. Posłużę się parafrazą tego cytatu, by spuentować tę recenzję – powieść Manziniego to tylko imitacja, a nie porządny kryminał.

 

Źródło okładki: Wydawnictwo MUZA SA